Wyjechałam na drugi koniec Europy, by odkryć, że tu naprawdę jest jak w domu
dodał: Iwona Marczewska
Natalia postawiła wszystko na jedną kartę. Wyjechała z partnerem tysiące kilometrów od wszystkiego, co znała. Jeśli chcecie wiedzieć, jak sobie poradziła, koniecznie przeczytajcie tę historię. Warto!
Kiedy przeprowadziłam się do Portugalii, wszystkim wydawało się, że spełniam marzenie. Sama też tak myślałam. Lizbona kojarzyła mi się z kawą pijaną w małych kawiarniach. Z muzyką fado i słońcem odbijającym się od kolorowych kamienic. Wrzucałam zdjęcia na Instagram i pisałam znajomym, że jest cudownie. A prawda była taka, że tylko przez pierwsze tygodnie czułam ekscytację. Potem codziennie chciało mi się płakać. Brakowało mi znajomych ludzi i miejsc, po których wiem, jak się poruszać.
Od czego się zaczęło?
Firma mojego chłopaka dostała kontrakt na wykonanie prac modernizacyjnych. Miał wyjechać na dwa lata. Nie wyobrażałam sobie związku na odległość. Wideorozmowy to nie to samo, co przytulenie się wieczorem. Messenger to nie trzymanie za rękę. Przez chwilę pomyślałam nawet, że nasza wspólna droga się po prostu kończy.
Kiedy zaproponował wspólny wyjazd skakałam pod sufit. Jedziemy! Razem! Nie byłam przywiązana do swojej pracy. Świetnie znam angielski. Coś by się dla mnie tam znalazło – pomyślałam, ale nie to było najważniejsze. On nie chciał mnie tu samej zostawiać i tylko to się liczyło.
Wyjechał pierwszy, ja zostałam jeszcze przez trzy długie miesiące. Chciał rozpoznać warunki i zorientować się, co można zrobić, żebyśmy mogli mieszkać razem. W budynku, w którym firma wynajmowała pokoje, były dostępne lokale. Idealnie! Może nie jakoś super komfortowo i z dala od drogiego centrum, ale lepiej być nie mogło. Przyleciałam po tych trzech miesiącach pełna nadziei na wielką przygodę.
Przez pierwsze tygodnie prawie wcale się nie odzywałam
Już na samym początku dotarło do mnie, że tak kolorowo nie będzie. Nie byliśmy tam w celach turystycznych. Mój chłopak musiał pracować. Wyjeżdżali ekipą rano, wracali wieczorem. I tylko w wolne dni mogliśmy razem przeżywać swoją portugalską przygodę.
Na co dzień próbowałam poruszać się po mieście sama. Nigdy wcześniej nie czułam się aż tak obco. Nie chodziło nawet o sam język. Bardziej o to dziwne uczucie, że wszystko wokół działa inaczej, a ty próbujesz nadążyć. Ludzie rozmawiali szybko, żartowali między sobą, a ja często tylko się uśmiechałam, choć niewiele rozumiałam. Nawet zwykłe kupienie pieczywa potrafiło mnie stresować.
Było kilka takich sytuacji, z których nie mogłam wybrnąć. Po powrocie do mieszkania siedziałam na podłodze i zastanawiałam się, po co właściwie tu przyjechałam.
Powoli zaczęłam rozumieć więcej niż tylko język
Oczywiście zaczęłam uczyć się języka jeszcze przed wyjazdem. Na miejscu mówiłam jednak mało, bo bałam się popełniać błędy. Miałam wrażenie, że każde źle wypowiedziane słowo brzmi głośniej niż wszystkie poprawne. Najczęściej jednak spotykałam się z życzliwością, bardzo rzadko ze zniecierpliwieniem. Sofia z pobliskiego sklepiku poprawiała moją wymowę z uśmiechem i bez złośliwości. Pedro z kawiarenki uczył mnie całych fraz. Ludzie z okolicznych lokali, a także sąsiedzi, okazali się bardzo otwartymi osobami.
To właśnie wtedy zrozumiałam, że nauka języka nie polega tylko na słowach. Chodzi o odwagę, żeby czasami być niezrozumianą. O zgodę na niezręczność. O to, żeby nie uciekać przy pierwszym poczuciu zawstydzenia. Lokalna społeczność była tak życzliwie nastawiona, że szybko zaczęłam przełamywać barierę.
Najbardziej pamiętam wieczór podczas lokalnego święta w Alfamie. Siedzieliśmy przy długim stole, ktoś grał na gitarze, ludzie śpiewali, dzieci biegały między krzesłami. Nagle złapałam się na tym, że rozumiem rozmowę obok. Nie wszystko, ale wystarczająco dużo, żeby się zaśmiać w odpowiednim momencie. I pierwszy raz od miesięcy poczułam, że naprawdę tu jestem. Nie obok, tylko w środku tego wszystkiego.
Znalazłam też pierwszą pracę w biurze turystycznym. Mój angielski bardzo się przydał. Portugalskiego natomiast uczę się „na wymianę” z córkami sąsiadów. Ja ich uczę angielskiego, a one mnie swojego ojczystego języka. Doświadczam dzięki temu tylu nowych rzeczy na co dzień. Nawet czekanie, aż Maciek wróci z pracy, przestało być uciążliwe.
Portugalia jest wspaniała!
Dziś nadal popełniam błędy językowe, mimo że jestem tu już osiem miesięcy. Czasem źle odmienię słowo albo pomylę znaczenie. Ale już się tego nie boję. Portugalia nauczyła mnie czegoś dużo ważniejszego niż perfekcyjny akcent. Pokazała mi, że człowiek nie musi od razu pasować, żeby znaleźć swoje miejsce.
Kiedyś różnice kulturowe mnie stresowały, bo bałam się popełnić nietakt. Dziś właśnie one najbardziej mnie fascynują. Lubię obserwować, jak inaczej ludzie spędzają czas, rozmawiają, jedzą, okazują emocje. Zrozumiałam też, jak często w życiu zamykamy się we własnym sposobie myślenia, uznając go za jedyny właściwy.
Portugalia jest niesamowita ze swoją historią i kulturą. Pełna słońca, zabytków i doskonałego wina. Pokochałam tę fenomenalną kuchnię, ale jeszcze bardziej życzliwych ludzi, jakich tu spotkałam.
Jeśli kiedyś znajdziecie się w miejscu, gdzie wszystko wydaje się obce i trudne, dajcie sobie czas. Naprawdę warto. Bo czasami właśnie wtedy, gdy czujemy się najbardziej zagubione, zaczynamy odkrywać zupełnie nowe rzeczy.
Tchau tchau!
Natalia
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.




