Zbiórka Joanny Jabłczyńskiej dla Rak’n’Roll przyniosła ponad pół miliona złotych!
dodał: Iwona Marczewska
Zaczęło się od roli Tosi, a skończyło na ogromnej zbiórce charytatywnej. Joanna Jabłczyńska nie zagra dorosłej córki Judyty w nowym filmie „Nigdy w życiu!”. Informacja wywołała falę emocji, komentarzy i wzajemnych zarzutów. Można było jednak ten ogrom energii, towarzyszący medialnemu skandalowi, przekuć w coś dobrego. I tak się stało.
Afera wokół obsady najnowszej części „Nigdy w życiu!” nie ustaje. Spirala wzajemnych zarzutów i przeprosin nakręciła się bardzo szybko. W sprawę włączyły się Katarzyna Grochola i jej córka Dorota Szelągowska. Swoje stanowisko przedstawiła również producentka nowej produkcji. Później głos zabrał nawet producent wcześniejszej części. W mediach społecznościowych pojawiały się kolejne nagrania i oświadczenia. Były oskarżenia, odpowiedzi, publikowanie korespondencji i przeprosiny. W pewnym momencie cała historia zaczęła żyć własnym życiem.
Wyświetl ten post na Instagramie
Właśnie wtedy Joanna Jabłczyńska postanowiła zrobić coś zupełnie innego. Zamiast dalej eskalować konflikt, założyła zbiórkę dla Fundacji Rak’n’Roll. Początkowo chciała zebrać 50 tysięcy złotych. Ostatecznie internauci wpłacili aż 576 540 złotych.
Wszystko zaczęło się od Tosi
„Nigdy w życiu!” z 2004 roku pozostaje dla wielu widzów wyjątkowym filmem. Joanna Jabłczyńska zagrała w nim Tosię, córkę Judyty. W najnowszej części rolę głównej bohaterki ponownie otrzymała Danuta Stenka. Nowa produkcja powstaje na podstawie książki „A właśnie, że tak. Nigdy w życiu! 20 lat później”. Tym razem dorosłą Tosię zagra Agnieszka Żulewska. Dla wielu fanów była to jednak duża niespodzianka. Widzowie spodziewali się bowiem powrotu aktorki znanej z pierwszej części. Zakładano, że obsadę zasilą aktorzy z tej pierwszej, najbardziej udanej ekranizacji.
Jabłczyńska sama opowiedziała publicznie o swoim rozczarowaniu. Twierdziła, że otrzymała scenariusz i rozmawiała z produkcją. Według jej relacji omawiano także terminy zdjęć. Aktorka spotkała się również z reżyserem. Później miała usłyszeć od reżyserki castingu konkretną informację. Podmiot finansujący produkcję miał mieć własną kandydatkę. Tak właśnie Jabłczyńska opisywała kulisy swojej nieobecności.
Producentka nowego filmu Anna Wichłacz przedstawiła inną wersję wydarzeń. Według niej odbył się casting z udziałem sześciu aktorek. Jabłczyńska miała być jedną z kandydatek. Ostatecznie wybrano Agnieszkę Żulewską. Te dwie wersje wydarzeń stały się początkiem większego konfliktu.
Wkrótce sprawa przestała dotyczyć wyłącznie obsady. Katarzyna Grochola publicznie zarzuciła Jabłczyńskiej rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Zapowiedziała również podjęcie kroków prawnych. Jej wpis później zniknął z Instagrama. Pozostał natomiast na Facebooku.
Instagram zamienił się w arenę konfliktu
Na tym jednak historia się nie skończyła. Wręcz przeciwnie, kolejne dni przynosiły nowe publikacje. Joanna Jabłczyńska odpowiadała na zarzuty Grocholi. W pewnym momencie opublikowała fragmenty prywatnej korespondencji. Tłumaczyła, że została do tego zmuszona sytuacją. W dyskusję włączyła się także Dorota Szelągowska. Córka Katarzyny Grocholi opublikowała nagranie skierowane do Jabłczyńskiej. Zarzucała jej przedstawianie nieprawdziwego obrazu wydarzeń. Twierdziła także, że widziała korespondencję dotyczącą castingu. W bardzo emocjonalnym nagraniu broniła swojej mamy i Agnieszki Żulewskiej. Materiał wywołał kolejną falę komentarzy.
Później nastąpił jednak zwrot. Szelągowska opublikowała kolejne nagranie. Tym razem przeprosiła Jabłczyńską za swoje słowa. Przyznała, że nie miała prawa jej obrażać. Podkreśliła, że poczucie krzywdy nie usprawiedliwia takiej wypowiedzi. Jabłczyńska przyjęła te przeprosiny. Zwróciła uwagę, że publiczne powiedzenie „przepraszam” wymaga odwagi.
Do całej historii dołączyła jeszcze jedna osoba związana z wcześniejszą ekranizacją. Janusz Heathcliff Iwanowski, producent „Ja wam pokażę!” z 2006 roku, opublikował własne nagranie. Odniósł się w nim do sytuacji związanej z obsadą Tosi. Przedstawił również swoją wersję wydarzeń dotyczących wcześniejszej produkcji. Pojawiły się przy tym różne zarzuty dotyczące kulis współpracy z Grocholą.
W ten sposób historia jednej roli rozrosła się do ogromnej medialnej dyskusji. Każda kolejna publikacja wywoływała następne reakcje. Jedni bronili Jabłczyńskiej, inni stawali po stronie Grocholi. Pojawiały się komentarze dotyczące Żulewskiej. Widzowie analizowali kolejne wypowiedzi i publikowane wiadomości. Rozpętała się burza w mediach społecznościowych.
Zamiast kolejnego oświadczenia pojawiła się zbiórka
W pewnym momencie do Jabłczyńskiej trafiło przedsądowe pismo. Dotyczyło ono naruszenia dóbr osobistych Katarzyny Grocholi. Wśród żądań znalazła się publikacja przeprosin. Wskazano także wpłatę 5 tysięcy złotych na Fundację Rak’n’Roll. Aktorka zdecydowała się spełnić te żądania. Opublikowała przeprosiny i wpłaciła wskazaną kwotę.
Na tym jednak nie poprzestała. 3 września uruchomiła własną zbiórkę. Jej celem była właśnie Fundacja Rak’n’Roll. Początkowo ustaliła kwotę 50 tysięcy złotych. W opisie wyjaśniła, że zbiórka jest uzupełnieniem zadośćuczynienia. Jednocześnie poprosiła swoich obserwatorów o wsparcie.
Reakcja ludzi była natychmiastowa. W ciągu pierwszej godziny wpłacono niemal 100 tysięcy złotych. Niedługo później licznik przekroczył 200 tysięcy. Następnie pojawiło się 270 tysięcy, a później 400 tysięcy złotych. Tempo wpłat zaskoczyło nawet przedstawicieli fundacji.
Sama Jabłczyńska nie kryła wzruszenia. Dziękowała osobom, które postanowiły wpłacić pieniądze. Jednocześnie prosiła, aby komentarze nie stawały się kolejnym źródłem konfliktu. To ważny szczegół całej historii. Aktorka wykorzystała ogromne zainteresowanie, ale nie zachęcała do atakowania drugiej strony.
Zbiórka zaczęła się rozkręcać. W mediach pojawiały się informacje o kolejnych rekordach. Ludzie wpłacali czasem symboliczne kwoty. Inni przeznaczali na akcję znacznie większe sumy. W komentarzach pojawiały się również słowa wsparcia dla aktorki. Najważniejsze było jednak to, gdzie trafiły pieniądze.
Finał przerósł wszystkie oczekiwania
Joanna Jabłczyńska zapowiedziała zamknięcie zbiórki na 9 września. Ostatecznie właśnie tego dnia akcja dobiegła końca. Wynik okazał się wręcz niewiarygodny. Zamiast zakładanych 50 tysięcy złotych zebrano 576 540 złotych. W akcję zaangażowało się 18 719 osób.
To oznacza, że zebrana suma przekroczyła pierwotny cel ponad jedenastokrotnie. Sama Jabłczyńska mówiła później o ogromnych emocjach. Przyznała, że wychodzi z całej historii bardzo poturbowana. Jednocześnie nie ukrywała wdzięczności wobec osób, które wsparły fundację.
Dla Fundacji Rak’n’Roll ta historia ma więc zupełnie inny finał. Organizacja otrzymała ogromne wsparcie finansowe. Pieniądze mogą zostać wykorzystane na działalność pomagającą osobom z chorobą nowotworową. Fundacja sama przyznawała, że skala zainteresowania zbiórką była dla niej zaskoczeniem.
I właśnie tutaj cała historia nabiera zupełnie innego znaczenia. Konflikt, który przez jakiś czas dostarczał kolejnych emocji, przyniósł konkretną pomoc. Zamiast kolejnego internetowego pojedynku pojawił się realny cel. Zamiast kolejnych komentarzy były przelewy, a zamiast kolejnych oskarżeń tysiące osób zrobiły coś dobrego.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że sam spór pozostaje niewyjaśniony. Poszczególne osoby przedstawiały odmienne wersje wydarzeń. Nie wszystkie publiczne zarzuty znalazły niezależne potwierdzenie. Nie ma więc podstaw, aby wskazywać jedną stronę jako bezwzględnie winną. Można natomiast spojrzeć na efekt końcowy.
Joanna Jabłczyńska nie dostała roli Tosi. Jej rozczarowanie uruchomiło jednak lawinę wydarzeń. Pojawiły się publiczne wypowiedzi, konflikty i przeprosiny. W końcu powstała zbiórka, która przerosła najśmielsze oczekiwania. 576 540 złotych trafi na rzecz organizacji pomagającej osobom zmagającym się z rakiem.
Czasami naprawdę nie da się przewidzieć, dokąd doprowadzi jeden konflikt. Ta historia pokazuje jednak, że nawet negatywną sytuację można przekuć w coś dobrego. W tym przypadku efektem nie jest kolejny medialny triumf. Są nim pieniądze, które mogą komuś realnie pomóc. I chyba właśnie ten finał całej historii warto zapamiętać najbardziej.



