Mieszkam z rodzicami i moim największym marzeniem jest mieszkać samej we własnym mieszkaniu... bez partnera, bez współlokatorek, bez dzieci, bez kota. Serio, lubię mieć dużo swobody i poniekąd nauczyłam się tego właśnie w domu rodzinnym.
Mieszkałam kilka razy poza rodzinnym domem i we wszystkich tych miejscach swobody i intymności miałam o wiele mniej, bo nie były to moje własne mieszkania czy pokoje, tylko wynajmowane lub czyjeś, np. chłopaka. W porównaniu z domem rodzinnym to był dramat.
Moi rodzice nie wtrącają się do niczego, mogę wychodzić i wracać kiedy chcę, praktycznie nawet nie wchodzą do mojego pokoju, a że jestem na piętrze sama, nie ma problemu z głośnym słuchaniem muzyki. Mimo wszystko jednak pewne pomieszczenia są wspólne i to one bywają problematyczne i tak jest tu w domu i w każdym innym miejscu, w którym mieszkałam, bo nie można tego urządzić po swojemu, remontować kiedy się chce i jak się chce, a wspólna łazienka oznacza, że nie można z niej skorzystać w każdej chwili, tylko czasem trzeba poczekać te pół godziny. Z łazienką miałam jeszcze większy problem mieszkając z chłopakiem niż rodzicami ![]()
Chciałabym się wyprowadzić, ponieważ nie odpowiadają mi pewne warunki życia tutaj, a żeby je zmienić konieczna jest współpraca i dobra wola wszystkich domowników. Z rodzicami dogaduję się od dłuższego czasu świetnie, mimo iż nie zawsze tak było, tylko mam złośliwą siostrę.
Samodzielność jest fajna i uważam, że należy do niej dążyć. I nie określa się jej jedynie poprzez zamieszkanie osobno. Czasami jak obserwuję niektórych ludzi, to okazuje się, że mieszkając z rodzicami jestem bardziej niezależna i samodzielna, niż niektóre osoby mieszkające osobno, którym rodzice pomagają finansowo, wałówkowo, niańkowo itd. To nie jest żadna niezależność, że śpi się pod innym dachem za pieniądze rodziców, w mieszkaniu od nich i ze słoikami od nich w lodówce. Jeśli się w pewnym momencie osiągnie samodzielność, to możemy zacząć mówić o niezależności.
Marzę, żeby wracać do pustego mieszkania, w którym nikt nie czeka
Trochę odwrotnie jak ci, którzy jednak mieszkają samotnie.
Do mieszkania, w którym nie muszę rano czekać, aż chłopak skończy się golić, w którym nie zbieram cudzych skarpet i z nikim nie muszę ustalać koloru ścian. Może kiedyś, jak już się nacieszę, zatęskniłabym za czyjąś obecnością, ale to jest też plus mieszkania na swoim, że na noc mógłby zostać każdy, kogo bym chciała zaprosić... nawet na trzy noce ![]()



