Czy naprawdę chcemy związku, czy bardziej tęsknimy za poczuciem, że ktoś nas wybiera?
dodał: Marta Dudzińska
Czasem najbardziej brakuje nam nie konkretnej osoby, lecz tego szczególnego uczucia, które pojawia się, gdy ktoś mówi: „wybieram właśnie ciebie”. Czekamy na wiadomość, wyobrażamy sobie wspólne wieczory, sprawdzamy telefon i zastanawiamy się, dlaczego wciąż jesteśmy sami. A jednak, gdy pojawia się ktoś zainteresowany nami naprawdę, entuzjazm potrafi nagle opaść. Zaczynamy szukać powodów, dla których ta osoba jednak nie jest odpowiednia. Może więc nie zawsze tęsknimy za związkiem – czasem tęsknimy za potwierdzeniem, że jesteśmy dla kogoś ważni, atrakcyjni i wystarczający.
„Chcę kogoś” nie zawsze znaczy „chcę być z kimś”
Można bardzo mocno pragnąć miłości, a jednocześnie nie być gotowym na prawdziwą bliskość. To pozornie niewielkie rozróżnienie potrafi zmienić bardzo wiele. Czego innego potrzebujemy, kiedy marzymy o wspólnym życiu, a czego innego, kiedy najbardziej boli nas samotność. Związek daje przecież nie tylko czułość i obecność, ale także kompromisy, odpowiedzialność, codzienność i konieczność pokazywania siebie również wtedy, gdy nie jesteśmy w najlepszej formie.
Tymczasem fantazja o związku jest znacznie prostsza. Możemy wyobrażać sobie kogoś, kto przytula nas po trudnym dniu, pamięta o drobiazgach i zawsze wie, czego potrzebujemy. Nie musimy jednak mierzyć się z jego humorem, przyzwyczajeniami, wadami ani własnymi reakcjami na bliskość. Dlatego czasami tęsknimy bardziej za uczuciem bycia kochaną niż za konkretnym człowiekiem.
Szczególnie mocno widać to wtedy, gdy samotność zaczyna być odbierana jako osobista ocena. „Skoro nikt mnie nie wybiera, może coś jest ze mną nie tak” – taka myśl potrafi pojawić się nawet u osoby, która na co dzień jest pewna siebie. Wtedy zainteresowanie drugiego człowieka przynosi coś więcej niż przyjemność. Przynosi ulgę. Nagle dostajemy dowód, że ktoś nas zauważył, uznał za interesującą, atrakcyjną i wartą swojej uwagi. I właśnie dlatego niektóre relacje najbardziej ekscytują nas wtedy, gdy jeszcze nie są pewne. Każda wiadomość staje się małym potwierdzeniem własnej wartości, a każde milczenie uruchamia niepokój. Możemy wtedy pomylić emocjonalne pobudzenie z zakochaniem.
Im bardziej ktoś jest niedostępny, tym intensywniej o nim myślimy, choć wcale nie musi oznaczać to, że rzeczywiście chcemy z nim żyć. Kiedy natomiast ktoś pojawia się naprawdę, emocje mogą osłabnąć, ponieważ znika napięcie związane z oczekiwaniem. I wtedy warto zadać sobie niewygodne, ale bardzo ciekawe pytanie: czy tęsknię za tą osobą, czy za momentem, w którym dowiaduję się, że ona tęskni za mną? To pytanie nie ma na celu odebrania romantyzmu miłości. Przeciwnie – może pomóc odróżnić potrzebę bliskości od potrzeby bycia potwierdzaną przez drugiego człowieka.
Czy umiemy być naprawdę blisko?
Bycie wybraną daje niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Ktoś patrzy na nas i mówi swoim zachowaniem: „spośród wszystkich osób chcę właśnie ciebie”. To może być bardzo kojące, zwłaszcza po rozczarowaniach, odrzuceniu albo długim okresie samotności. Problem zaczyna się wtedy, gdy samo wybranie staje się celem, a nie początkiem relacji.
Możemy długo marzyć o telefonie od konkretnego mężczyzny, a kiedy w końcu dzwoni, nie wiedzieć, co właściwie chcemy mu powiedzieć. Możemy pragnąć, żeby ktoś zabiegał o nasze względy, ale kiedy zaczyna być naprawdę obecny, poczuć dziwną potrzebę wycofania. To nie musi oznaczać emocjonalnego chłodu. Czasami bliskość uruchamia zupełnie inne emocje niż samo oczekiwanie na nią. Dopóki druga osoba jest trochę poza naszym zasięgiem, możemy bezpiecznie marzyć. Kiedy staje się bliska, pojawia się ryzyko, że naprawdę nas pozna. A wtedy nie wystarczy już być atrakcyjną, ciekawą czy tajemniczą. Trzeba pokazać również zmęczenie, lęk, zazdrość, gorszy humor, potrzeby i granice.
Prawdziwa relacja wymaga bowiem nie tylko tego, żeby ktoś nas wybrał, ale także tego, żebyśmy same świadomie wybierały tę osobę. To ogromna różnica. W pierwszym przypadku pytamy: „Czy on mnie chce?”. W drugim: „Czy ja naprawdę chcę jego?”. To drugie pytanie bywa zaskakująco trudne, ponieważ wymaga wyjścia z roli osoby ocenianej i wejścia w rolę osoby, która również ocenia, poznaje i podejmuje decyzję. Nie chodzi oczywiście o tworzenie chłodnej listy zalet i wad potencjalnego partnera. Chodzi o sprawdzenie, jak się przy nim czujemy, czy możemy być sobą, czy szanuje nasze granice i czy jego obecność daje nam więcej spokoju niż niepokoju.
Warto też zauważyć, co dzieje się w nas, kiedy przestajemy zabiegać o czyjąś uwagę. Czy nadal chcemy tej osoby, czy nagle zainteresowanie nią znika? Jeśli znika, być może najbardziej potrzebowaliśmy nie związku, lecz odpowiedzi na pytanie: „Czy jestem dla kogoś wystarczająco ważna?” A tej odpowiedzi nie powinno się szukać wyłącznie w cudzych oczach. Bo można być wybraną przez kogoś i nadal czuć się samotną, jeśli sama nie wiemy, czego chcemy i czego potrzebujemy.
Dojrzała bliskość zaczyna się więc nie tylko od spotkania odpowiedniej osoby, ale również od momentu, w którym potrafimy powiedzieć: „Chcę być z tobą nie dlatego, że mnie wybrałeś, ale dlatego, że ja także wybieram ciebie”. Bo miłość zaczyna się nie wtedy, gdy ktoś wreszcie nas wybiera, lecz wtedy, gdy dwie osoby świadomie wybierają siebie nawzajem.
Polecamy również:
![]() |
Czy „sleep divorce” może uratować związek? |
![]() |
Przyjaźń w małżeństwie – jak pielęgnować związek przez lata |
![]() |
Jak odświeżyć związek po latach i odzyskać wspólną lekkość |










