Pamiętacie zapach Świąt Bożego Narodzenia? Już sama nazwa budzi feerię wspomnień. Nieprawdaż? Wystarczy też otworzyć „Noelkę”, siódmą część cyklu pod nietuzinkową nazwą: „Jeżycjada”. Tutaj pachnie każda strona, kolejne słowa tworzą obraz, atmosferę i cudowność świąt, a są one oddane tak malowniczo, że zupełnie tracimy kontakt z otaczającą nas rzeczywistością (dzisiaj jesienna plucha). I nie jest to wizja nieosiągalnego zachodniego przepychu, lecz portret naszego świata, który mamy na wyciągnięcie ręki. Poznań, symbol naszej perspektywy, rodzimej kultury, którą tak dobrze znamy (chociaż sprzed kilku lat, gdy pieniądze miały wiele zer). A kochać to, co się zna, jest zdecydowanie łatwiej…
Wędrując od domu do domu, Elka w towarzystwie Tomka-Gwiazdora (poznański synonim Św. Mikołaja) poznaje kolejnych bohaterów, naszych dobrych przyjaciół z innych części cyklu. Oczywiście nie może zabraknąć rodziny Borejków, dla mnie najcudowniejszej rodziny pod słońcem. Pomyślicie pewnie, że superlatywy są przesadzone. A ja zdecydowanie odpowiem: Absolutnie Nie! Tym czytelnikom, którzy nie mieli jeszcze przyjemności obcowania z książkami Małgorzaty Musierowicz (jakże Wam współczuję!), należy się wyjaśnienie, że owa książkowa rodzina jest dla mnie symbolem prawdziwego domu (przez ogromne D). Ileż to wieczorów spędziłam w kuchni z Mamą, na dyskusjach pod tytułem: „Co tam u Idusi?” (Tak, tak, to rude, roztrzepane stworzenie, to moja ukochana bohaterka, „bijąca na głowę” także lubianą i słynącą z wybuchowego temperamentu Anię Shirley). Jak łatwo się domyślicie, losy Borejków są mi bliskie od naprawdę wielu lat. Trudno bowiem ich nie znać, a niewyobrażalnie trudno do nich nie wracać…Elka poznaje Borejków w dniu poprzedzającym ślub Idy, więc w atmosferze świąt (między karpiem i uszkami) towarzyszą im inne problemy. Na plan pierwszy wysuwa się brak białych pantofli w rozmiarze 41 – ówcześnie naprawdę na wagę złota. Poszarpany koszmarnie ślubny welon to wynik zabawy Pyzy i Tygryska, ale przecież i tak był za długi. Gdy dołożymy do tego uraz kości ogonowej Pana Ignacego jako rezultat niefortunnego upadku z drabiny przy wieszaniu firanek, otrzymujemy iście zwariowany, ale pełen serdeczności obraz przygotowań do wigilijnej kolacji (oraz oczywiście do ceremonii ślubnej).
Elka w tym szczególnym dniu ma także niebywałe szczęście zajrzeć do domu profesora Dmuchawca i Kreski, rodziny Żak-Hajduk-Kołodziej, Anieli (ongiś Kłamczuchy) i Bernarda Żeromskich oraz wielu, wielu innych, mniej i bardziej sympatycznych mieszkańców Poznania. W roli Aniołka podpatruje i opowiada nam o rodzinnych zwyczajach i bożonarodzeniowej tradycji obdarowywania się prezentami. Zauważyć tu można pewne przesłanie, jakże cenne w obecnych czasach pędu za dobrobytem. Niekoniecznie liczą się drogie, supernowoczesne prezenty. Drobnostka, błahostka, drobiażdżek, pakowane z sercem i miłością, mają o wiele większe znaczenie. Powiedziałabym nawet, że są bezcenne…
Polecam lekturę tak gorąco, jak powinien być zagrzany wigilijny barszczyk z uszkami (oczywiście zwyczajem Borejków według przepisu spod Kiejdan).
Zobacz również
1 komentarz

















































Oj tak!Takie zwyczajne,domowe klimaty,spotkania z miłymi,a czasami trocha zwariowanymi,ludźmi,potrafią nieźle zaskoczyć ;-)Można dużo zobaczyć,a Noelka właśnie odbywa taką „podróż” z której robi wnioski dla siebie ;-)Fajna i lekka lektura,którą,na pewno, z łatwością się czyta.