Jak, będąc nieśmiałą, zaczęłam radzić sobie w Internecie – Karolina
dodał: Iwona Marczewska
Historia Karoliny jest jak apel do nas wszystkich, użytkowniczek i użytkowników Internetu. Wyłącznie od nas zależy, czy będzie on miejscem przyjaznego i bezpiecznego kontaktu. Każdy z nas chciałby przecież mieć prawo swobodnej wypowiedzi. Wymiana opinii pełna wzajemnego szacunku tworzy miejsca i relacje, które pragnie się rozwijać. Przeczytajcie, co ma na ten temat do powiedzenia nasza Czytelniczka.
Pisanie w Internecie kiedyś było łatwiejsze, przynajmniej dla nieśmiałych. Przed Facebookiem, Instagramem i TikTokiem. Zanim trzeba było pokazywać zdjęcia i filmiki. To, że teraz publikowane treści sygnowane są własną twarzą ma oczywiście mnóstwo zalet. Jednak odsłanianie się, kiedy chce się powiedzieć o czymś bardzo skrytym, wymaga odwagi. Ta napastliwość w komentarzach mnie przeraża. Internet się zmienił i trochę nie mogę znaleźć dla siebie w nim miejsca.
Kiedy miałam naście lat, prowadziłam bloga pod pseudonimem. Nikt ze znajomych o nim nie wiedział. Nikt z rodziny go nie czytał. Mogłam więc pisać szczerze, bez obaw i bez masek o tym, co naprawdę czuję. Paradoksalnie byłam widzialna i niewidzialna. Oczywiście prawie wszyscy mieli wtedy blogi, ale ja do swojego się nie przyznawałam. Mój blog był miejscem pełnym emocji, których nie chciałam pokazywać, ale chciałam je uwolnić. Byłam bardzo wrażliwą nastolatką. Każdy wpis na blogu był dla mnie ulgą, bo czułam, że wreszcie mogę powiedzieć to, czego nie mówiłam na głos.
Od stałych czytelniczek otrzymywałam mnóstwo wsparcia. Komentarze były życzliwe i pełne zrozumienia. Relacje budowane w blogosferze dawały mi siłę, poczucie, że nie jestem sama. W tamtych czasach blogowanie było bardzo popularne. Dziś Internet wygląda zupełnie inaczej.
Internet dla odważnych
Media społecznościowe zmieniły zasady gry. Teraz zamiast blogów są vlogi, transmisje i krótkie nagrania w rolkach. Wiele osób buduje swoją obecność w sieci pokazując twarz i prywatne życie. Mają tę odwagę wystawiania się na komentarze, również te hejterskie. Anonimowych blogów nikt już nie chce czytać. W ogóle mam wrażenie, że treści do czytania przestały być atrakcyjnym contentem. Teraz nie ma czytelników, tylko obserwatorzy. I to, czym chcesz się podzielić, musisz powiedzieć albo pokazać, nie napisać. I nie, żebym uważała, że to nie jest okej, tylko jestem jedną z tych osób, które tak nie potrafią.
Internet ewoluuje
To wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy ja zaczęłam dorastać. Stopniowo przestałam odczuwać potrzebę dzielenia się uczuciami w sieci. Dziś pewnie nie prowadziłabym bloga nawet wtedy, gdyby to wciąż było popularne. A jednak nadal potrzebuję w jakiś sposób sygnalizować swoją opinię na różne tematy. I brakuje mi czasami możliwości pogadania w sieci w taki sposób, jaki oferuje tylko Internet. Mam na myśli swobodę wypowiedzi w dowolnym czasie. Piszę wtedy, kiedy chcę, niekoniecznie wtedy, kiedy rozmówca jest dostępny. No i nikt mi nie przerywa. I nie muszę, tak jak w rozmowach na żywo, czekać na moment, w którym będę mogła wbić się do dyskusji. Pod pewnymi względami Internet okazał się błogosławieństwem dla nieśmiałych.
Hejt w komentarzach
Dziś, zamiast na forum, dyskusje toczą się na Facebooku. Na początku odpowiadała mi taka forma, choć trochę stresowałam się komentując różne treści. Znajomi widzieli moje wypowiedzi i to było trochę jak wyjście ze strefy komfortu. Pisanie pod nazwiskiem, a nie pod nickiem oznaczało, że wszyscy „usłyszą” to, czego przy nich nie mówię. To nie były żadne niestosowne wypowiedzi. Po prostu, jako bardzo nieśmiała osoba, najczęściej nie wypowiadam na głos swojego zdania. W Internecie chciałam zabierać głos. Miałam własne zdanie. Często czytałam dyskusje na Facebooku i nieraz czułam potrzebę skomentowania ważnych tematów. Niestety, daje się zaobserwować, jak bardzo netykieta odeszła w zapomnienie. Mimo że na facebookowych grupach czuwają moderatorzy, to skala bezmyślnego hejtu jest olbrzymia.
Kiedy w sieci pojawia się post, połowa komentarzy jest zwyczajnie złośliwa. Najbardziej agresywnie komentują osoby, które mają inne zdanie. Tak jakby tylko ich punkt widzenia był do przyjęcia. A jeśli masz inną opinię lub odczucia niż oni i wyrażasz je, od razu jest negatywna reakcja. Dziwi mnie też wzajemne zarzucanie sobie w komentarzach, że ktoś się wypowiedział niepytany. Tak jakby trzeba było czekać na pozwolenie napisania komentarza na jakiś temat. Mam wrażenie, że cokolwiek się napisze, to zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się temu sprzeciwiał. I to w mało kulturalny sposób.
Wszyscy nagle stali się specjalistami na każdy komentowany temat. I każdy żąda „nie mów innym, jak ma żyć” narzucając jednocześnie swój punkt widzenia. Pod bardziej kontrowersyjnymi tematami jedna trzecia komentujących ogranicza swoją wypowiedź do obrażenia kogoś. Autora postu, a jeszcze częściej któregoś z komentujących. Dokąd to zmierza?
Po jakimś czasie przestałam się wypowiadać w sieci. Pisałam komentarz, a potem go kasowałam. Bałam się reakcji innych. Zadziwiające, że nie obawiają się jej osoby, które wstawiają hejterskie uwagi.
Zdarzało się, że po moich wypowiedziach część osób mnie atakowała, a część broniła moich opinii. Nie były to może najgorsze przejawy hejtu, jednak mi wystarczały. Każdy taki komentarz długo nosiłam w sobie. Wracałam do niego myślami i analizowałam każde słowo. Zastanawiałam się, czy rzeczywiście napisałam coś głupiego.
Z czasem zaczęłam coraz bardziej się wycofywać. Przestałam komentować i publikować własne przemyślenia. Czytałam wiele dyskusji, ale pozostawałam cicho. Miałam wrażenie, że mój głos nie ma znaczenia. Najbardziej bolało mnie jednak coś innego. Czułam, że sama odbieram sobie prawo do wypowiedzi.
Zaczęłam przełamywać nieśmiałość
To moje milczenie trwało długo, aż trafiłam na dyskusję dotyczącą problemu, który dobrze znałam. Bardzo dobrze, i to z własnego doświadczenia. Przeczytałam wiele komentarzy. Część była bardzo krzywdząca. Wiedziałam jednak, że swoim mogę wnieść coś wartościowego.
Napisałam kilka zdań. Starałam się, aby wypowiedź była merytoryczna i spokojna. Potem wyłączyłam telefon. Byłam przekonana, że po powrocie zobaczę lawinę krytyki. Tymczasem czekało na mnie mnóstwo podziękowań. Ktoś napisał, że pomogłam mu spojrzeć na sprawę inaczej. Dużo osób napisało, że ma podobne doświadczenia.
To był drobiazg, ale wiele zmienił. Zrozumiałam, że obawiając się wypowiedzi skupiałam się wyłącznie na negatywnych reakcjach. Pomijałam natomiast ludzi, którzy czytali moje słowa i odpowiadali z szacunkiem. A takich osób było więcej, niż sądziłam.
Z czasem zaczęłam przełamywać lęk i nie pozwalać, by strach przed oceną decydował za mnie. Zrozumiałam, że budowanie pewności siebie w mediach społecznościowych polega na działaniu mimo lęku. Nie muszę mieć racji zawsze. Nie muszę podobać się wszystkim. Nie muszę też odpowiadać na każdy zaczepny komentarz. Mam natomiast prawo do własnego zdania.
Czasem wracam myślami do dawnego bloga. Wspominam anonimowość i poczucie bezpieczeństwa. Jednak dziś wiem, że prawdziwy rozwój zaczął się dopiero wtedy, gdy zaczęłam pisać pod własnym nazwiskiem. Publicznie przyznawać się do tego, co myślę.
Żyjemy w świecie social mediów i oczywiście nikt nikogo nie zmusza do funkcjonowania w nich. Jednak umiejętność poruszania się w socialach to cecha, która pozwoli korzystać z ich dobrodziejstwa nie wpadając w pułapkę. Zachowanie krytycznego myślenia i odporność na negatywne wpływy są niezbędne. Ich brak może popchnąć osoby takie jak ja w jeszcze większą nieśmiałość. Natomiast przełamanie tego stanie się pierwszym krokiem do wyrażania swoich myśli niezależnie od innych. Na koniec dodam, że bardzo chciałabym, żebyśmy jako ludzie zaczęli cenić różnorodność naszych poglądów. I okazywać sobie dużo więcej życzliwości w sieci, a także poza nią.
nadesłała: Karolina, 37 lat
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.





