Też miałam pomagać dzieciom na świetlicy jako wolontariuszka i miała to być część mojej terapii, zleconej przez psychologa, ale kierowniczka internatu nie zgodziła się, żebym opuszczała internat w trakcie tzw. "nauki własnej". Dla tych, co nie wiedzą, jest to pora nauki i odrabiania lekcji, w której nie wolno bez pozwolenia opuszczać budynku i wychowawcy wyłapują snujących się po korytarzu, ma być cisza itd.
Kilka lat później, już w moim rodzinnym mieście, udzielałam się troszeczkę jako pomoc dla starszych osób: zakupy, sprzątanie, przynoszenie obiadów ze stołówki dla ubogich. Wzięłam też udział w akcji dystrybucji darów dla powodzian, ale to z ramienia zupełnie innej organizacji. Coś okropnego... ludzie pokazywali ślady po stojącej wodzie, które sięgały niemal pod sufit
Wolontariat to świetna sprawa, bo można pomagać tak, jak się chce, w sensie, jeśli na przykład nie lubi się dzieci lub starszych osób, to zostaje nam przydzielone inne zajęcie. Poza tym przeznaczamy na to tyle czasu, ile chcemy i ile możemy.
Naprawdę da się wszystko zorganizować w taki sposób, żeby pomoc była przeprowadzona sprawnie bez większych poświęceń ze strony wolontariusza. Niektórzy się obawiają, że skoro mają mało czasu, to się tam nie będą mogli udzielać, albo że będą musieli nie wiem jak wielkich poświęceń dokonać. Nie. Wszystko działa na zasadzie dobrowolności. Przynajmniej tutaj tak własnie było ![]()



