To powieść, która zaczyna się jak historia o spokojnym życiu gdzieś na uboczu. Jest niewielka kawiarnia, są alpaki, jest dziecko, są jesienne wieczory i prowincja, która wydaje się miejscem wystarczająco dalekim od wielkiego świata, aby można było wreszcie odetchnąć. Luiza stworzyła sobie taką właśnie przestrzeń. Nie idealną, nie bajkową, ale własną. Za jej spokojem kryje się jednak przeszłość, o której nie chce mówić. I właśnie ta przemilczana część jej życia nadaje całej historii drugi ton.
Samulska dobrze rozumie, że człowiek po przejściach nie zaczyna od nowa z czystą kartką. Raczej uczy się pisać dalej na tej samej, czasem pomiętej i poplamionej stronie. Luiza nie potrzebuje wielkiej rewolucji. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, zaufania i tego trudnego momentu, w którym można dopuścić do siebie myśl, że szczęście nie musi być czymś, co wydarzyło się kiedyś i już się nie powtórzy.
Dlatego pojawienie się Aleksa nie jest wyłącznie początkiem romansu. To raczej próba, jaką życie podsuwa komuś, kto nauczył się już żyć ostrożnie. On przychodzi z zupełnie inną energią – bardziej gwałtowną, spontaniczną, podszytą potrzebą adrenaliny. Ona ma za sobą doświadczenia, które nauczyły ją, że za lekkomyślność można zapłacić bardzo wysoką cenę. Ich spotkanie nie prowadzi więc do banalnego „i żyli długo i szczęśliwie”. Znacznie ciekawsze okazuje się pytanie, czy dwoje ludzi może spotkać się w odpowiednim momencie, kiedy każde z nich niesie jeszcze własne niedokończone historie.
Bardzo dobrze wypada tutaj motyw domu i małej społeczności. Rudzice nie są jedynie dekoracją dla romansu. To przestrzeń, w której ludzie wiedzą o sobie więcej, niż czasem chcieliby wiedzieć, w której cudze życie potrafi wejść przez drzwi razem z zapachem świeżo upieczonych cynamonek. Jest w tym coś przyjemnie staroświeckiego – przekonanie, że człowiek nie zawsze musi radzić sobie ze wszystkim samotnie.
A jednak ta powieść nie jest tylko miękkim kocem i filiżanką kawy. Pod przytulnością kryje się znacznie cięższa opowieść. Przeszłość Luizy nie została potraktowana jako prosty zabieg mający wzbudzić współczucie. To doświadczenie, które zmienia sposób patrzenia na bliskość, zaufanie i własne prawo do szczęścia. W książce pojawia się również tajemniczy nurt wspomnień i zapisków, który pozwala stopniowo przesuwać granice tego, co czytelnik wie o bohaterach. Nie warto zdradzać więcej – właśnie niewiedza jest tutaj częścią przyjemności czytania.
Dużo ciepła wnosi Maks, syn Luizy. Dziecko nie zostało użyte wyłącznie jako element „uroczej” scenerii. Jego obecność zmienia temperaturę opowieści, dodaje jej lekkości i przypomina, że dorosłe decyzje zawsze dotykają także tych, którzy nie mają wpływu na przeszłość swoich rodziców. Obok niego pojawiają się bohaterowie drugoplanowi, dzięki którym Rudzice nie są papierowym miasteczkiem z romantycznej pocztówki, lecz miejscem pełnym własnych charakterów, dziwactw i emocji.
Najbardziej urzeka jednak sama myśl ukryta w tytule. Mimozy kwitną wtedy, kiedy wydaje się, że na kwitnienie jest już za późno. To piękna metafora dla ludzi, którzy przeszli przez stratę, rozczarowanie albo samotność i zaczęli traktować własne życie jak zamknięty rozdział. Samulska przypomina, że czas nie zawsze działa tak, jak chcielibyśmy go zaplanować. Niektóre rzeczy przychodzą później. Niektóre uczucia potrzebują ciszy. Niektóre początki pojawiają się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje ich rozpaczliwie szukać.
Książkę można oczywiście czytać jako romantyczną, jesienną historię z kawiarnią, alpakami, cynamonowym zapachem i uczuciem, które pojawia się nie w porę. Ale byłoby szkoda zatrzymać się tylko na tej warstwie. To przede wszystkim opowieść o odzyskiwaniu odwagi po tym, co odebrało ją na długo. O tym, że można stworzyć sobie bezpieczny świat, a potem – kiedy przyjdzie odpowiedni moment – uchylić jego drzwi.
I chyba właśnie dlatego ta książka dobrze pasuje do jesieni. Nie tej z pocztówki, złotej i zawsze pięknej, lecz tej prawdziwej – z chłodnymi porankami, deszczem na szybach, wcześniejszym zmierzchem i potrzebą, by być trochę bliżej drugiego człowieka.
To powieść o nadziei, która nie przychodzi z fanfarami. Przysiada cicho przy stoliku, pachnie cynamonem i cierpliwie czeka, aż człowiek odważy się jej zaufać.
Od Wydawcy:
Czy urok sielskiej prowincji wystarczy, by uleczyć złamane serce?
Codzienność Luizy to przytulna kawiarnia, stado niesfornych alpak i synek, któremu poświęciła całe życie. Swoją bolesną historię otoczyła ciszą, przekonana, że jej szansa na szczęście bezpowrotnie minęła.
Wszystko zmienia się, gdy w sielskich Rudzicach pojawia się Aleks – pewny siebie miłośnik adrenaliny. Zapach cynamonek, ciepło domowego ogniska i wspólne jesienne wieczory budzą w obojgu zupełnie nowe pragnienia.
Kiedy jednak przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, nowy rozdział musi poczekać.
Ciepła, pełna wzruszeń i humoru opowieść o odzyskiwaniu nadziei, bezpiecznej przystani i odwadze, by pozwolić sercu zakwitnąć tam, gdzie już dawno opadły liście.
Książkę polecamy wraz z Wydawnictwem Filia
Zobacz również







































































