Koniecznie przeczytajcie tę niesamowitą relację z podróży na malowniczą wyspę. Podczas niej Marta przekroczyła niejedną granicę. To doświadczenie zmieniło ją na zawsze.
Droga Redakcjo, drogie Czytelniczki,
zawsze marzyłam o podróży w pojedynkę. Z podziwem oglądałam relacje dziewczyn, które wrzucały rolki i zdjęcia ze swoich wypraw. Ja nie mam na tyle odwagi i zaradności, żeby przemierzać mniej znane rejony świata. Dlatego zdecydowałam się na cel doskonale znany turystom. Wybrałam Bali, bo egzotyka Indonezji przyciąga mnie jak magnes. Tropikalne plaże, wulkany, bujna roślinność, której filmowe piękno zawsze czarowało mnie przed ekranem laptopa.
Mimo długich przygotowań i wszystkich zebranych informacji, odczuwałam niepokój tak samo silnie jak ekscytację. Jeszcze zanim wsiadłam do samolotu, ogarnął mnie strach. Czy dam sobie radę sama? Co jeśli mnie okradną, pogubię się, wpadnę w kłopoty?
Wiedziałam, że przeczytałam, sprawdziłam i wypytałam o wszystko, co najważniejsze. Dziewczyny, które już tam były, chętnie udzielały mi wskazówek i wsparcia na grupach. Zawsze jednak może wydarzyć się coś nieprzewidzianego. I paradoksalnie, właśnie ze strachu przed nieznanym, jeszcze bardziej chciałam tam lecieć, żeby to przełamać. Bo ja jestem taka… zachowawcza. I z natury boję się zmian, nowych sytuacji.
Oddech wolności
Wylądowałam w Denpasar. Stamtąd taksówką dotarłam do pierwszego celu, którym było Ubud. Pierwsze dni na Bali były mieszanką ekscytacji i lekkiego paraliżu. W hotelu, tuż po przyjeździe, próbowałam jakoś odnaleźć rytm. Było trudno. A to był dopiero początek, bo moja podróż miała trwać trzy tygodnie.
Mimo zmęczenia chciałam od razu rozejrzeć się po okolicy. I tak szczerze? Pierwsze wrażenia były inne, niż oczekiwałam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Bali to nie tylko egzotyczne zakątki, sięgające horyzontu uprawy, boskie wodospady i tajemnicze świątynie. Niemniej jednak zaskoczyło mnie uciążliwe poruszanie się w korkach, tłok i hałas miasta. I nawet te bardziej turystyczne rejony wcale nie okazały się rajem na ziemi. Wszechobecne place budowy pod prężnie rozwijającą się turystykę ograniczają dziką przestrzeń wyspy. Nie wszystko jest tam piękne i zadbane. Mało dotychczas podróżowałam, więc miałam wyobrażenie, że to, czego nie znam, jest bardziej niezwykłe. Tymczasem zastałam więcej zwykłego, lokalnego, codziennego życia, niż się spodziewałam.

Mimo wszystko codzienność w nowym kraju to zupełnie inny świat. Zachwyciły mnie ryżowe tarasy wokół Ubud, pachnące kadzidła, targi pełne świeżych owoców i rzemieślniczych pamiątek. Byłam w szoku, ile nowych bodźców może przytłoczyć w jednym momencie. Wulkan Batur zrobił na mnie ogromne wrażenie. I ten niesamowity wschód słońca, który malował niebo na pomarańczowo. Patrząc na rodzący się dzień poczułam wolność. Wolność od ograniczeń i prawdziwą radość życia.
Poznawanie ludzi i małych cudów dnia codziennego
Najwięcej radości sprawiło mi poznawanie ludzi – zarówno miejscowych, jak i innych samotnych podróżników. Nie spodziewałam się, że tak łatwo trafić na kogoś, kto także wybrał wyprawę solo. W małej knajpce przy plaży w Canggu poznałam Lenę z Berlina, która podróżuje po Azji od kilku miesięcy. Rozmawiałyśmy o naszych lękach i radościach podróży. Jej historie dodawały mi odwagi. Niesamowita dziewczyna. Spotkałam Martina ze Szwecji, Amelię z Wielkiej Brytanii, Piotrka, Asię, Kacpra i Kubę z Polski!
Każdy dzień stał się lekcją obserwowania siebie i świata. Poranki spędzałam na jodze. A potem zwiedzanie, smakowanie, odkrywanie. Poszłam na lekcję gotowania, której efektem było doskonałe sate ayam, fenomenalny rosół i naleśniki dadar gulung. Zwiedziłam fascynujące Muzeum Puri Lukisan. Uczestniczyłam w cudownym pokazie lokalnego tańca. Bardzo szybko zaczęłam czuć się swobodnie, bo Bali to niezwykle przyjazne miejsce. Początkowo się obawiałam, jednak każdy uśmiech miejscowych i próba rozmowy dodawały mi odwagi.
Osiągnąć cel podróży
Po trzech tygodniach doświadczania niemal samych nowych rzeczy czułam się niesamowicie. Zrozumiałam, że samotna podróż poszerza przestrzeń, w której możesz odkrywać, kim naprawdę jesteś. Codzienne wyzwania, nowe doświadczenia, wymiana uśmiechu z nieznajomymi – wszystko to buduje pewność siebie. Zaczynasz widzieć, że jesteś zdolna zaadaptować się do różnych warunków. I że to, co niespodziewane, nie musi być niczym zagrażającym. Owszem, bywają złe przygody, ale nieznane nie znaczy od razu złe i niebezpieczne.
Zrozumiałam też, że warto wychodzić poza strefę komfortu. Bali stało się lustrem moich emocji – od lęku po ekscytację, od niepewności po dumę z małych osiągnięć. Ta wyprawa była moją lekcją odwagi i samodzielności. Ktoś powie, że to nic wielkiego polecieć w XXI wieku w turystyczne miejsce z dostępem do Internetu. Dla mnie to było rzucenie się w głębię swoich ograniczeń, przepłynięcie ich wpław i wyjście na drugi brzeg.
Drogie Czytelniczki, jeśli kiedykolwiek marzycie o samotnej podróży – zróbcie pierwszy krok. Pozwólcie sobie na strach, śmiech, zgubienie się i odnalezienie na nowo. To doświadczenie, które zostaje na całe życie i uczy najwięcej o sobie. Bali pokazało mi, że podróżowanie w pojedynkę to nie ucieczka od świata, lecz spotkanie z samą sobą w najpiękniejszej, najprawdziwszej formie.
Z ciepłymi pozdrowieniami
Marta
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.










