„Nie wierzyłam, że mi się uda”. Historia Anety pokazuje, jak wiele może zmienić konsekwencja
dodał: Iwona Marczewska
Czy któraś z nas nie obawiała się, jak to będzie po czterdziestce? Niejedna kobieta uwierzyła, że szczyt możliwości osiąga się jedynie przed tą magiczną granicą. Historia Anety pokazuje, że można przekroczyć ten moment w iście maratońskim stylu. Udowadnia też, że upór i konsekwencja pozwalają poczuć smak zwycięstwa. Po prostu nie wolno się poddawać.
Przez większość życia nie uważałam się za osobę wysportowaną. Owszem, zawsze lubiłam spacery, jazdę na rowerze czy nordic walking. Nieraz chodziłam na dłuższe wycieczki, zwłaszcza po górach. Byłam przeciętnie aktywna, tak bym to określiła. Nigdy nie należałam do osób, które wstają o świcie, żeby przebiec dziesięć kilometrów. Nigdy też nie marzyłam o medalach, zawodach czy rekordach. Dlatego sama do dziś czasem się dziwię, że biegam maratony. I mimo tego zdziwienia nie wyobrażam sobie inaczej.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy skończyłam trzydzieści siedem lat. I naszła mnie taka refleksja – czterdziestka za pasem, nadchodzi koniec. Dzisiaj oczywiście śmieję się z tego, ale wtedy naprawdę się przestraszyłam. Z pozoru wszystko układało się dobrze. Miałam rodzinę, pracę i codzienne obowiązki, wśród których potrafiłam wygospodarować czas dla siebie i bliskich. Jednocześnie coraz częściej czułam, że utknęłam w takiej przeciętności. Dni byłyby zbyt podobne do siebie, gdyby nie to, że dzieci szybko rosną. Brakowało mi wyzwań. Wmówiłam sobie, że to ostatni dzwonek, zanim będę za stara, żeby coś jeszcze w życiu zrobić.
Pewnego wieczoru oglądałam relację z popularnego maratonu. Widziałam setki zwykłych ludzi przekraczających linię mety. Nie wyglądali jak zawodowi sportowcy. Byli zmęczeni, spoceni i szczęśliwi. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: a gdybym ja spróbowała?
Pierwsze próby i walka z własnymi ograniczeniami
Na początku byłam przekonana, że to szalony pomysł. Przecież nigdy nie przebiegłam nawet pięciu kilometrów. Miałam słabą kondycję biegową, tak przynajmniej ją oceniałam. Mimo to postanowiłam zacząć trenować. Co mnie przekonało? Chyba najbardziej to, że do biegania, poza ogólną sprawnością, nie trzeba innych predyspozycji. Nie do amatorskiego w każdym razie.
Pierwsze wątpliwości rozwiewało moje przekonanie, że biegać każdy może. Robią to gwiazdy, robią to dzieci, robią to ludzie w parku. Robi to Bruno, nasz owczarek niemiecki. I właśnie z nim pobiegłam po raz pierwszy przez las. To było… zniechęcająco-inspirujące doświadczenie. Tak, właśnie tak. Bez przygotowania, bez rozgrzewki, bez odpowiedniego nawodnienia. I w zwykłym obuwiu, które choć sportowe, nie było przeznaczone do joggingu. No i bez podstaw technicznych. Po powrocie już wiedziałam, że takich rzeczy nie robi się zrywem.
Przygotowanie to podstawa
Nie poddałam się po pierwszej nieudanej przebieżce. Zaczęłam szperać w sieci. Obejrzałam kilka filmików instruktażowych, żeby przećwiczyć prawidłową postawę ciała. Poszukałam informacji o tym, jak powinna wyglądać rozgrzewka. Kupiłam buty do biegania z odpowiednią amortyzacją. Znalazłam ciekawe artykuły o nawodnieniu organizmu. A kiedy zakwasy przestały dokuczać, byłam gotowa na drugą próbę. Pamiętam, że było dużo lepiej, choć nie tak to sobie wyobrażałam. Nieco rozczarowujące było to, że uważałam się za dobrze przygotowaną, a wcale nie byłam. Utrzymanie postawy, praca rąk i opadanie jak najbliżej środka ciężkości to nie jest coś łatwego do opanowania. I oczywiście oddech.
Klub biegacza
Postanowiłam zwrócić się o profesjonalną pomoc i odwiedziłam lokalny klub biegacza. Podejrzewałam, że nie będą mnie traktowali poważnie. Pewnie mają dziesiątki chętnych, którzy wymiękają po kilku treningach. Zapytają, od kiedy biegam, a ja powiem im, że mam za sobą dwa razy. Oni odpowiedzą, że jak po miesiącu dalej będę biegać, to żebym wróciła. Ku mojemu zaskoczeniu nic takiego mnie jednak nie spotkało.
Klub miał wykwalifikowaną kadrę instruktorską i przyjmował chętnych o różnym stopniu zaawansowania. Zapisałam się i chyba właśnie wtedy przestałam mieć ostatnie wątpliwości. Pod okiem profesjonalistów i bardzo uczynnych kolegów i koleżanek poczułam się bezpieczniej. Były tu osoby, które zaczęły nawet później niż ja, co dodawało mi odwagi.
Pierwsze tygodnie były trudniejsze, niż przypuszczałam. Musiałam nauczyć się cierpliwości. Chciałam widzieć efekty natychmiast, ale organizm miał własne tempo. Często wracałam do domu zmęczona i rozczarowana. Nigdy jednak nie poczułam, że chcę zrezygnować, wręcz przeciwnie. Czułam, że to jest właśnie to wyzwanie, które chcę podjąć.
Trenowałam dwa razy w tygodniu i bardzo rzadko decydowałam się na samodzielne bieganie. Znalazły się osoby, z którymi zgrało się moje tempo i potrzeby. Dopiero po miesiącu przyznałam się, że chciałabym kiedyś przebiec maraton. Nikt mnie nie wyśmiał.
Musiałam przełamać własną skłonność do zbyt ambitnych startów i zaakceptować fakt, że postępy wymagają czasu. To była jedna z najważniejszych lekcji. Przez lata chciałam osiągać rezultaty szybko, tymczasem bieganie nauczyło mnie pokory względem procesu. Ta świadomość, że cel osiąga się etapami, zaczęła przenikać również do innych obszarów mojego życia.
Treningi zaczęły przynosić rezultaty. Wystartowałam w kilku imprezach sportowych i osiągnęłam całkiem dobre wyniki. To jednak nie był szczyt moich możliwości. W roku, kiedy stuknęła mi magiczna czterdziestka, przede mną był jeszcze maraton.
Bieg, który zmienił moje myślenie
Dzień pierwszego maratonu pamiętam do dziś. To był Maraton Warszawski. Stałam w tłumie tysięcy biegaczy i czułam ekscytację i lęk. W głowie miałam dziesiątki pytań. Czy dam radę? Czy nie zabraknie mi sił? Czy nie będę musiała zejść z trasy?
Ruszyliśmy. Biegłam do końca. Byłam chyba na skraju wszystkich swoich możliwości, ale czułam, że to przebiegnę. Kiedy przekroczyłam linię mety, poczułam wzruszenie, jakiego wcześniej nie znałam. Nie dlatego, że osiągnęłam satysfakcjonujący wynik. Dla mnie najważniejsze było to, że dotarłam do miejsca, które kiedyś wydawało się całkowicie poza moim zasięgiem. Udowodniłam sobie, że niektóre ograniczenia są jedynie błędnymi przekonaniami.
Od tamtego czasu przebiegłam kilka kolejnych maratonów. Każdy z nich był inną historią, ale wszystkie przypominały mi o tym, jak wiele potrafi człowiek, gdy przestaje się wycofywać przy pierwszych trudnościach. Bieganie dało mi nie tylko lepsze zdrowie i kondycję. Dało mi większą odporność psychiczną, cierpliwość oraz wiarę we własne możliwości. Nauczyło mnie, że rozwój rzadko bywa wygodny, ale niemal zawsze jest tego wart. Udział w maratonie nie jest sprawdzianem kondycji, lecz charakteru. Tego, czy potrafisz poświęcać czas na przygotowanie, czy potrafisz się rozwijać, wymagać od siebie coraz więcej.
Bieganie dało mi znacznie więcej niż lepszą sprawność fizyczną. Przede wszystkim wzmocniło moją psychikę. Dzięki treningom nauczyłam się konsekwencji. Nauczyłam się ufać procesowi, nawet gdy efekty nie pojawiały się od razu. Zrozumiałam również, że granice często istnieją tylko w naszej głowie.
nadesłała: Aneta
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.








