Opowiedz nam swoją historię i wygraj nowości książkowe!

7 grudnia 2017, dodał: Redakcja

 

m11

Koniec roku sprzyja podsumowaniom i wspomnieniom, ale też rozliczeniom z przeszłością. Dlatego właśnie teraz zapraszamy Was do udziału w naszym  zimowym konkursie! Czekamy na Wasze ciekawe, mrożące krew w żyłach lub wzruszające historie z życia wzięte. Podzielcie się nimi z naszymi czytelnikami – Autorkom oczywiście zapewniamy pełną anonimowość!

Swoje historie przysyłajcie na adres: [email protected]

Wszystkie zamieścimy w tym artykule.

Konkurs trwa do 5 stycznia 2018 r. Wyniki podamy 8 stycznia.

A oto nasze nagrody: autorki 3 najciekawszych opowieści otrzymają po 3 spośród następujących  książek:


Książka prezentuje czterostopniowy program eliminujący objawy schorzeń autoimmunologicznych, który uzdrawia układ odpornościowy.

Jesteś ciągle zmęczony i trudno Ci zebrać myśli? A może wypadają Ci włosy, masz suchą skórę, opuchnięte stawy lub dziwne wahania wagi? To może być jedno ze schorzeń autoagresywnych takich jak choroba Gravesa-Basedowa, Hashimoto, Crohna, celiakia czy toczeń. Autorka, jedna z najpopularniejszych ekspertek z dziedziny medycyny funkcjonalnej, prezentuje czterostopniowy program, dzięki któremu sama wyleczyła się z choroby autoimmunologicznej i jak dotychczas pomogła ogromnej liczbie pacjentów wyeliminować objawy, uzdrowić układ odpornościowy i zapobiec rozwojowi przewlekłych dolegliwości. Opiera się on na wykorzystaniu pożywienia jako lekarstwa, zarządzaniu stresem oraz dbaniem o wątrobę, jelita i układ pokarmowy.

Książka jest dostępna TUTAJ

 

Jest to elastyczna dieta uwzględniająca najwartościowsze źródła składników odżywczych. Poznasz zasady zdrowego odżywiania będące kombinacją zarówno współczesnych jak i tych starszych: ajurwedyjskiej, zgodnej z grupą krwi, makrobiotycznej, opartej na surowych produktach. Rozszerzeniem programu odżywiania są ćwiczenia oddechowe oraz trening umysłu, które zregenerują Twoje ciało od środka. Propagowane przez niego podejście sprawi, że staniesz się bardziej elastyczny, dzięki czemu łatwiej przystosujesz się do potrzeb i zmian dzisiejszego świata. Uwolnij siłę spokoju.

Książka jest dostępna TUTAJ

 

Czakry są centrami energetycznymi organizmu a nasz fizyczny, psychiczny i emocjonalny stan zależy od ich kondycji. Autorka wprowadzi Cię w ich świat, oferując praktyczne narzędzia do wykorzystania możliwości tego systemu energii, by Cię zrównoważyć, uzdrowić i naładować siłą witalną. Odkryjesz znaczenie, funkcje i cel każdego z tych punktów oraz rolę, jaką odgrywają w dziedzinach takich jak zdrowie, związki międzyludzkie czy podejmowanie decyzji. Poznasz fizyczne, emocjonalne i umysłowe oznaki zaburzenia harmonii czakr oraz proste, acz skuteczne ćwiczenia do przywrócenia równowagi każdej z nich. Będziesz stosować energię jako narzędzie do wyzwolenia, manifestacji, otrzymywania i dawania w życiu codziennym. Czakry – Twoja droga do równowagi.

Książka jest dostępna TUTAJ

 

Ty też możesz wykorzystać sprawdzone znaki lecznicze z całego świata. Dzięki tej książce nauczysz się korzystać z uzdrawiających symboli, które możesz malować na bolących miejscach, przenosić ich energię na wodę czy też rysować na zdjęciach rentgenowskich. Czytając opisy poszczególnych znaków przekonasz się, że nawet te zupełnie proste, jak pojedyncze kreski, charakteryzują się ogromnym potencjałem terapeutycznym. Korzystając z nich pomożesz sobie i bliskim w przypadku trudno gojących się ran. Zaufasz swojemu duchowemu przewodnictwu w wyborze symbolu, który stanie się Twoim opiekunem. Będziesz mógł harmonizować czakry oraz przenosić energię znaków na biżuterię lub kamień, aby stały się Twoim osobistym amuletem. Poznaj uzdrawiającą moc symboli.

Książka jest dostępna TUTAJ

Autorka opisuje 47 roślin, ich występowanie, historię, skład chemiczny, właściwości terapeutyczne, mechanizm działania oraz stosowanie przy różnych schorzeniach, ze szczególnym uwzględnieniem chorób nowotworowych. Dla każdej z nich podaje procedury przygotowania naparów, tynktur, nalewek oraz zalecane dawkowanie. Wyszczególnia 19 substancji roślinnych wykazujących aktywność antynowotworową. Szczegółowo opisuje terapię na białaczkę szpikową, supresję szpiku kostnego po chemioterapii oraz raka prostaty z przerzutami do kości. Opisywane preparaty można łączyć z innymi terapiami jak chemioterapia, radioterapia, hipertermia czy terapia fotodynamiczna. Poznasz również ich działanie na inne dolegliwości jak cukrzyca, zaparcia czy choroby pasożytnicze. Rośliny przywracające zdrowie.

Książka jest dostępna TUTAJ

 

Każda kobieta może bowiem pośród dżungli chaotycznych metropolii odkryć w sobie naturę miejskiej czarownicy. Znajdziesz tu ćwiczenia duchowe, zasady magii drogeryjnej, rytuały miłosne, kąpielowe i wprowadzające harmonię. Zaaranżujesz przyjazny energetycznie dom, a następnie wysprzątasz go przy wykorzystaniu niewidzialnych sił. Własnoręcznie sporządzisz magiczne substancje, kadzidła, talizmany czy lampki marzeń. Przeprowadzisz magiczne rozpoznanie własnego miasta i wykorzystasz energię drzew obecnych w każdej aglomeracji. Odkryj magię miasta.

Książka jest dostępna TUTAJ

 

Cały wszechświat jest zbudowany z energii. Jest ona całkowicie neutralna, lecz reaguje na nasze emocje i działania. Dzięki tej książce będziesz w stanie świadomie kreować wasze interakcje. Pomoże Ci w tym najbardziej rozchwytywany ekspert od aniołów w Wielkiej Brytanii, który odsłania 111 podstawowych ćwiczeń, które sam stosuje w celu rozwoju swoich duchowych umiejętności. Teraz i Ty będziesz wprowadzać energię na wyższy poziom. Zaufasz własnemu wewnętrznemu przewodnictwu i zaczniesz bez skrępowania wyrażać wszystkie aspekty siebie. Nauczysz się równoważyć dawanie i branie, a każda decyzja będzie przybliżała Cię do życia, jakie sobie wymarzyłeś. Wskutek tego codziennie będziesz doświadczać więcej radości, miłości i cudów. Od energii do materii.

Książka jest dostępna TUTAJ

Oto nadesłane historie naszych Czytelniczek:

Beata:

Witajcie!

Moja najbardziej wzruszająca historia, dotyczy oczywiście, miłości.

Ale to szczególna miłość taka, jaką przeżyłam w swoim życiu po raz trzeci.

Dwie pierwsze zdarzyły się 23 i 19 lat temu.

Jak się na pewno każdy domyśla, dotyczą narodzin dzieci.

A trzeci raz…

Moja starsza córka, Alicja, rodziła w tym roku 6 sierpnia swoją córkę, Judytkę.

Nie mówcie, że w takim razie jestem babcią. Jestem Mamą Mamy. Tak jest ładniej.

Cud miłości i wzruszenie był jednakże inny niż przy narodzinach córek.

Moja córka rodziła, a ja – byłam z nią.

Trzymałam ją za rękę, dawałam wodę do picia, pomagałam przeć, trzymając jej stopy.

Podtrzymywałam Ją na duchu, ocierałam pot z czoła, pocieszałam i oglądałam cud narodzin.

Aby tego było mało, moja Alicja rodziła dokładnie w tym samym miejscu tej samej porodówki, na tym samym łóżku, na którym przyszła na świat.

A poród przyjął lekarz położnik, który 23 lata wcześniej przyjmował Ją na świecie!

Czy to nie piękna historia?

Kiedy Judytka pojawiła się po 4 godzinach, zobaczyłam najpierw jej malutkie ciałko, a potem zagniewaną buzię, która była kopią twarzy mojego zięcia:)

Zdarta skóra.

Teraz Judi ma 4 miesiące, jest silna, uwielbia jedzonko i pierwszy świadomy uśmiech podarowała mnie – Mamie Mamy.

Emilia:

Moje życie jest raczej poukładane i przewidywalne, ale… Mam takie jedno wspomnienie ze studiów, sprzed 15 lat – dość niewyjaśnione i pełne podtekstów…

Mieliśmy pewne zajęcia z osobą płci żeńskiej (nazwijmy ją panią D.), która była postacią dość osobliwą i chyba celowo się postarzającą, bo – jak to określała moja najbliższa wówczas koleżanka – nosiła „przypałowy przyodziewek” w postaci zapinanych pod samą szyję bluzek z żabotem i spódnic plisowanych o długości za kolano, rodem chyba z lat 80. Uczesanie też miała takie bardziej konserwatywne – jakby z epoki „Ani z Zielonego Wzgórza”… Ale może cały ten podskórny konserwatyzm był spowodowany tym, że rodzice dali jej – na szczęście na drugie imię – Genowefa?!?
Do rzeczy jednak, bo niepotrzebnie rozwijam kontekst, który nie stanowi tu sedna opowieści. Dopowiem jeszcze tylko, że ta moja koleżanka przez całe studia kurczowo trzymała się mnie, bo sama – pochodząc z Płocka – miała poczucie, że musi na kimś oprzeć się w tym zbyt wielkim mieście, żeby nie zginąć:) I jakoś tak od początku padło na mnie, jako że sprawiałam mylne, ale silne wrażenie osoby, która w każdej sytuacji sobie poradzi i znajdzie z niej jakieś wyjście:)
Tak więc przez całe studia trzymałyśmy się razem i na większości zajęć byłyśmy w jednej grupie, siedząc obok siebie. I właśnie na tych zajęciach koleżanka szybko zorientowała się, że pani D. wyraźnie jej nie lubi – a mnie wyróżnia… Na tej podstawie odkryła, że na pewno jest przez nią odbierana jako konkurencja w jakiejś wyimaginowanej walce o moje „względy”… I tak zrodził się w jej głowie pomysł, że pani D. jest mną zafascynowana…:)
Faktem jest też, że to nadmierne zainteresowanie i ja odczułam… Na zajęciach zawsze podobało jej się wszystko, co mówiłam i dawała temu wyraz chyba zbyt entuzjastycznie. Nigdy też nie przeszła obok mnie bez słowa na korytarzu, zawsze uśmiechnęła się i zagadała, interesowało ją, co czytam, jakie filmy oglądam itp. – i miałam wrażenie, że strasznie dużo chce o mnie wiedzieć. Raz spotkała mnie przed uczelnią, bo akurat czekałam na moją siostrę, która jak zwykle się spóźniała i byłam w szoku, kiedy zaoferowała mi skorzystanie ze swojego telefonu (bo nie wszyscy je wtedy mieli…), żebym do niej zadzwoniła i dowiedziała się, gdzie jest. Dręczyła mnie tak sobą chyba z 10 minut… A ja marzyłam wtedy tylko o tym, żeby wreszcie sobie poszła i na wszelkie taktowne sposoby starałam się ją spławić. O tym incydencie nawet koleżance nie powiedziałam, bo dopiero by ją wtedy fantazja poniosła;)
Do innych studentów pani D. zupełnie nie miała takiego podejścia, a tę moją koleżankę co najmniej ignorowała, a czasem odnosiła się do niej nawet z lekką niechęcią. A to, jak przebiegał egzamin po całym roku naszych zajęć, całkowicie utwierdziło moją koleżankę w jej domysłach. Otóż, mimo że była przygotowana i ponoć odpowiedziała na wszystkie jej pytania, dostała tylko trójkę – jako jedyna z całej grupy… A nie sądzę, żeby na nią zasługiwała. Drugą sprawą była ponoć niemiła atmosfera, jaką pani D. stworzyła podczas egzaminu (a przy mnie szczebiotała jak wróbelek). I moja koleżanka poczuła się tym wszystkim bardzo poszkodowana, więc poszła ze swoją sprawą do dziekana. Oczywiście wątku obyczajowego, czyli domniemanej zazdrości o mnie, nie podnosiła w swoich zarzutach, domagając się tylko ponownego egzaminu u innego pracownika tej katedry. Dziekan potraktował ją poważnie i przychylił się do tego postulatu, przyjmując stosowne podanie, a kolejny egzamin – tym razem u przełożonej pani D., która nie prowadziła u nas nigdy żadnych zajęć – koleżanka zdała na bardziej obiektywną czwórkę:)
Do dziś z mieszanymi uczuciami o tym myślę – bo nigdy nie wpadłabym na to, że stanę się kiedyś obiektem zainteresowania innej kobiety… A w tym przypadku chyba właśnie tak było:)
Monika:
Moje życie to ciągła walka o coś lub z czymś.
I zawsze jestem winna.
Przerabiał właśnie z terapeutą to poczucie winy; bo przecież jeśli będzie włamanie do Stokrotki to ja jestem najbardziej podejrzana; gdy w szkole nauczyciel pytał:”no kto odpowie?nikt nie wie?” to były dla mnie chwile męki, bo przecież ja powinnam wiedzieć.
Moimi kompleksami można obdzielić wiele osobników.
Walczę z przeciwnościami losu z ogromną determinacją.
I nigdy nie sądziłam, że coś mi się uda, ze odniosę jakiś sukcesik nawet w swoim życiu.
Odniosłam sukces, i to nie jeden- od skończenia studiów, założenia rodziny poprzez uratowanie sobie życia.
Jestem nieuleczalnie chora i dochodzą mi konsekwentnie w wyniku leczenia i choroby podstawowej następne- wszystkie z autoagresji plus cukrzyca posterydowa, depresja.
Wszystkie somatyczne w porównaniu z depresją to “pikuś”.Wierzcie mi!
Sama znalazłam sobie lek (import docelowy, bo drogi) gdy lekarze zostawili mnie bez szans, powiedzieli,że nie ma mnie już czym leczyć, bo wykorzystali wszystko co było na świecie.
Kazałam swojej nefrolog się nim leczyć i gdy lekarze zobaczyli skutek-białkomocz z 29 g spadł na 1 g- zaczęli leczyć innych. Wieść rozeszła się nie tylko po oddziale, ale i po szpitalu.
Gdy zapytałam, dlaczego, nefrolodzy nie szukali sami, doktor odpowiedziała „musimy leczyć schematami”.
Sama doktor odsyłała do mnie pacjentów, bym powiedziała im o leku i procedurach. Kuriozum. “Pacjencie lecz się sam” – to o mnie Uśmiech
Przemian przeszłam wiele; i nie chodzi tu nawet o wygląd (75 kg, potem tony sterydów i chemii- 160 kg, po śpiączce cukrzycowej schudłam 50 kg w ciągu 7 miesięcy- całe życie sinusoida).
Dietetyczka nie umiała jej ustawić diety (warzywa nie – bo za wysoki potas;  nabiał nie – bo mocznik i kwas moczowy itd). Sama obmyśliłam sobie dietę i byłam inspiracją dla innych.
Mam zupę odchudzająco-oczyszczającą własnego pomysłu, na której tak schudłam. Działa! Komu nie polecę, ten zadowolony i podaje dalej Uśmiech
Ale psychicznie też mnie życie przeczołgało.
Mimo, że sama podpierałam się nosem, u nas zawsze jest dom otwarty – każdy może przyjść po pomoc, przespać się, dostanie jeść. Koledzy syna ze studiów z dalekich miejscowości zawsze u nas mają przystań. Nawet obcy – bo tak wychodziło.
Działałam też w fundacji, a gdy fundacja się rozpadła, mimo wszystko postarałam się, by przez kolejne lata (i do dziś stoją) były dystrybutory z wodą na oddziałach nefrologii dorosłej i dziecięcej.
Mam duże poczucie humoru i dystans do siebie. Terapeuta mówi, że to mnie bardzo ratuje.
Nawet gdy ważyłam 160 kg, to mówiłam mężowi, że taka żona to skarb, zimą ogrzeje, latem duży cień daje. Gdy przytyłam i byłam obrzęknięta, to mówiłam, że przynajmniej zmarszczek nie widać – taka skóra napięta.
W naszym życiu było i jest wiele bardzo, bardzo trudnych sytuacji; i to takich prawie bez wyjścia. Byliśmy w wielkich tarapatach życiowych, finansowych, zdrowotnych; przeszliśmy biedę z nędzą i otarliśmy się trzykrotnie o śmierć. Utrapień, problemów nam los nie szczędził.
Największą zakałą byli teściowie; a teściowa po dziś dzień uprzykrza nam życie – mój mąż spotyka się z nią tylko w sądzie. Te klasyczne dowcipy o wrednej teściowej to “pikuś” w porównaniu z tym, co oni zgotowali nam. Mnie jak mnie, ale, że nasze dziecko tak podle traktują, to ciężko wybaczyć.
Nawet gdy syn miał dwa lata z rzędu średnią 6,0 i mąż powiedział o tym swojej matce, ta skwitowała; ”jak sam to osiągnął to dobrze”. Nie kupiła mu nawet lizaka.
A mojej mamie w pracy koleżanki nawet podawały z gratulacjami dla Bartka.
Teść już nie żyje, a teściowa jest tak zapamiętała w swej nienawiści, że mąż spotyka się z nią tylko w sądzie. Ona jest weteranką,bo całe życie z kimś się sądzi, a dla nas to nowość. Wie, jaką mamy ciężką sytuację, ale chyba postawiła sobie za punkt honoru i wykrzyczała mężowi: „ja cię zmuszę do alimentacji”.
Mimo trudnego życia staram się być dzielna!
Tak jak moja mama.
Moja mama – życiorys na scenariusz  oskarowego filmu. To, co ona przeszła…
Wychowała się w koszmarnej biedzie na podlaskiej wsi. Najstarsza z rodzeństwa, więc zawsze „ciągnęła” za sobą pozostałych. Opiekuńcza altruistka, a wyszła za mąż za rozpieszczonego, najmłodszego synusia swoich bogatych rodziców. Totalna porażka – alkoholik, bon vivant, chociaż wykształcony, mądry. Sam o sobie mówił “pijak, ale pan!”.
Babcia (jego matka) gdy przyjeżdżała do rodziców, witała się z mamą i mną bardzo serdecznie, a do ojca mówiła: „ty s…… chociaż ja sobie nie mam nic do zarzucenia”. Babcia miała wiele zgryzot – umarła zanim ją dobrze zapamiętałam; ale teściową mama miała wspaniałą (pewnie dlatego ja mam z piekła rodem, bo to co drugie pokolenie tak jest).
Przyszedł taki rok przełomowy w mamy życiu, że nie raz myślałam, że gdyby mnie to spotkało, to bym się powiesiła. Na przestrzeni roku zmarły jej 3 najbliższe osoby: we wrześniu zginął w wypadku mój wujek, w grudniu zmarła moja babcia, a w maju mój wspaniały dziadek. Okazało się, że ja – jej jedyne dziecko, mam ciężkie, ropne zapalenie opon mózgowych, a zaraz p o tym, że jestem nieuleczalnie chora –kwalifikuję się na dializy. Do tego rozwiodła się z mężem: tyranem i alkoholikiem.
Poszłyśmy na stancję tylko z ciuchami. Zaczęłyśmy od nowa. Mama wzięła dodatkowe prace. Padała na nos i szukała dla mnie ratunku.
Nie wiem, kto by tyle wytrzymał.
Sama do wszystkiego doszła.
Po 37 latach poszła na emeryturę, a ZUS zażyczył sobie na piśmie oświadczenie z zakładu pracy, że ten pracownik istotnie nigdy nie korzystał ze zwolnienia lekarskiego. Nie wierzyli. Zamiast gratyfikacji – szukanie dziury w całym. A mama zawsze była sumienna- jak to księgowa. Gdy koleżanki „zgubiły” jakąś kwotę, mama brała wydruk i od razu znajdowała. Taka w życiu, jak i w pracy.
Żyje skromnie i zawsze współczuje wszystkim wokoło, rozdaje, pomaga. Cichutka, suchutka, malutka, a takie ogromne serce i hart ducha!
Wychowała mnie na ludzi.
Bóg zapłać Jej za to.
Wychowałam i ja wspaniałego, mądrego syna.
Mam wyrzuty, że materialnie nie zapewniliśmy mu takiego dzieciństwa, jak inne dzieci miały, ale staraliśmy się mu dać jak najwięcej miłości, ciepła, zrozumienia. Jesteśmy bardzo ze sobą związani – takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego!
Ale ciągle mam wyrzuty sumienia, że ni łóżeczka, ni wózeczka, a i zimno było czasem pieruńsko – bo to kamienica i mieszkania wysokie – 3,70 m ciężko było dogrzać.
Są matki dumne z siebie, że robią karierą i wychowują dziecko. Wożą modnymi autami, opłacają korepetycje i wiele zajęć dodatkowych. Sukces na wszystkich frontach! Kariera mamy i dziecka.
Dlaczego od razu kariera?
Są inne sytuacje losowe, cięższe, poważniejsze niż robienie kariery, a dziecko trzeba dobrze wychować, wpoić mu dobre wartości, umożliwić prawidłowy rozwój fizyczny i intelektualny.
Nie mają tu znaczenia ani pieniądze, ani miejsce urodzenia.
Zawsze deprecjonujecie innych rodziców, którzy nie robią kariery, a co za tym idzie wielkich pieniędzy – a mimo to wychowują dzieci na dobrych, mądrych ludzi.
Ja sama nauczyłam Bartusia grać na cymbałkach, flecie, keybordzie; uczyłam o zabytkach w Lublinie oraz dalszych, znaczących ciekawostkach świata – zabawy palcem po mapie, a potem w internecie; książeczki oraz programy edukacyjne. Ogromną wagę przywiązywaliśmy zawsze do wycieczek, podróży, turystyki i omawiania regionu, jego ciekawostek, legend. Świetne pole do nauki!
Można wychować dziecko bez pieniędzy, ale nie bez miłości i akceptacji. Bartuś zawsze był dojrzalszy, poważniejszy od rówieśników. Nie “łobuzował”.
Niczego tak w życiu bardzo nie pragnęliśmy, jak dziecka.
Na 3. roku studiów stara doświadczona nefrolog powiedziała: “jeśli masz zajść w ciążę to już, bo potem będziesz żałować; póki jesteś młoda”. I po zimowej sesji 10 marca począł się!!!
Mieliśmy kłopoty zdrowotne, ale jak mówił studentom przy porodzie lekarz witający Bartusia na świecie: “to jest cud; byłem pewien, że nerki staną”.
I co!?  Wiara czyni cuda; kiedy się czegoś bardzo chce….
A straszyli nas lekarze: “lepiej nie, bo staną nerki, bo nie wiadomo będzie kogo ratować”; do męża: ”żebyś nie musiał wybierać między żoną a dzieckiem”.
Gdy Bartuś się urodził, byliśmy przeszczęśliwi. To wtedy pierwszy raz w życiu mąż upiekł ciasto i przyniósł mi do szpitala :)
Nerczyca, cukrzyca, Hashimoto, płyn w osierdziu, wielopoziomowa dyskopatia i parę innych dodatków – w tym masakryczna teściowa.
Dziecko mamy wspaniałe, odchowane, sposobi się do doktoratu, pisze pracę o eksfoliacji form ekspitacjalnych z kropkami kwantowymi (nauczyłam się w końcu tytułu pracy) i bywa na konferencjach w różnych krajach. Zna komunikatywnie angielski, francuski, włoski, chorwacki (i pokrewne: bośniacki, serbski i dialekt dalmatyński).
Duma nas rozpiera!
Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na zabawach, wycieczkach – wspólnie we troje.
Wiele zabawek robiliśmy sami – takie mieliśmy realia materialne.
Zawsze słyszałam od babci: „bieda jest najlepszym nauczycielem, uruchamia wyobraźnię; i to nie tylko w kuchni”.
Faktycznie – moje dziecko nie ma i nie miało markowych zabawek, wózeczka, łóżeczka. Jednakże zawsze wykazywaliśmy się pomysłowością np. przy ozdabianiu, tuszowaniu mankamentów.
Tak samo z zabawami i zabawkami.
W domu robiliśmy z Bartusiem np. makiety miasteczek. Wykorzystywaliśmy wszelkie możliwe pudełka i pudełeczka, bibułę i papier kolorowy. Codziennie można było coś dodawać, dobudowywać, upiększać.
Zawsze mam też w domu wielkie arkusze szarego papieru, na których można z rozmachem malować, rysować, wyklejać widoczki.
Mamy też zawsze muszelki, szyszki, żołędzie, kasztany, włóczki i „pudło drobiazgów” czyli pudło z przeróżnościami – mnóstwo koralików, korków, guzików do wstążeczek, gumeczek, sprężynek.
Poza tym wspólne pieczenie ciasteczek, pierniczków, robienie sałatek, przetworów.
Potrafimy też zrobić własną grę planszową, z własnymi ozdóbkami i regułami, własne kartki okolicznościowe, własnoręcznie wykonane prezenty (np. książeczka dla dziadka o znakach drogowych, a dla chrzestnego – jak zrobić ogórki małosolne – samodzielnie pocięte karteczki, zszyte zszywaczem, osobiście przez Bartusia napisane i ozdobione).
Wspaniałe są też nasze teatrzyki kukiełkowe zza deski do prasowania.
Jestem zdania, że żadna gotowa zabawka nie zajmie tak uwagi dziecka, nie rozbudzi wyobraźni jak te własnoręcznie zrobione.
Ze mną Bartuś robił wszystkie zabawki na choinkę, makiety miasteczek z przeróżnych pudełek, wielkie plakaty farbami, własne gry planszowe, reguły ortograficzne,historyczne i matematyczne na wielkich szarych papierach; i wiele innych. Zbieraliśmy grzyby, nawlekaliśmy poziomki na długą trawę, łowiliśmy ryby, robiliśmy ludziki z żołędzi i  kasztanów, korale z jarzębiny.
Wspólnie piekliśmy i gotowaliśmy – blok, szyszki z ryżu preparowanego, makagigi i kopytka w różnych kształtach, wycinane foremkami, by się kartofle nie znudziły.
Bartek do dziś robi najlepsze chaczapuri – nauczył wszystkich kolegów-studentów, bo to pyszne, tanie i sycące.
Każdy grosz ściboliliśmy na wyjazd. Mieliśmy system i na zbieranie pieniążków, suchego prowiantu, puszek.
Da się oszczędzić!
Jakkolwiek brzmi to trywialnie to podróże kształcą. Uważamy, że rozwój Bartusia byłby niepełny bez naszego szwędania się po Polsce i Europie oraz tego naszego “zawsze w kupie, razem”.
Uczył się oszczędzania, języków, obyczajów, historii i geografii w najlepszy sposób. Zawsze czuwałam nad jego wychowaniem, edukacją.
Najbliższą okolicę, region zna dobrze łącznie z legendami. Do dzisiaj się ludzie dziwią ciekawostkom, jakie znamy. A to nie sztuka pojechać kajśtam i leżeć na basenie, plaży.
To fascynujące, gdy dzieci różnych narodowości bawią się razem – w chowanego, planszówki, które zawsze zabieramy ze sobą – i porozumiewają się bez problemów; każde liczy w swoim języku, kłócą się, śmieją, częstują swojskimi smakołykami. Mamy takie przyjaźnie, które trwają już latami – od maluszka, a już był pierwszy ślub w Chorwacji, będzie za 2 lata u nas i we Francji. To jest radość!
Mamy w naszym regionie “NAJ”- Radecznica – jedyne miejsce na świecie, gdzie ukazał się św. Antoni, Kryłów – jedyne miejsce w Europie, gdzie na rzece granicznej jest wyspa, a na niej ruiny zamku, Tyszowce – jedyne miejsce na świecie, gdzie robią 5 metrowe świece.
Bartek zna też nasze stare gry z dzieciństwa; w hacele, kapsle, zabawy z nitką i podchody.
Podziwiamy cały świat, ale dumni jesteśmy i z naszego podwórka.
Patriotyzm, tak niemodny dziś, trzeba zaszczepiać od małego; jak nie ma tożsamości to zawsze będzie czegoś brakować.
Przekazuję mu prawdy o życiu, wiedzę historyczną, wartości moralne.
Dbam zawsze o to, by Bartek był mądry, ale i skromny i by nigdy nie czuł się gorszy, głupszy, by znał swoją wartość.
Jeśli nie wygram na loterii, to nie mam szans wesprzeć go finansowo, ale to, co sama wiem, rozumiem, przekazuję mu od serca – wiedzę, umiejętności, spostrzeżenia.
Wspieram, akceptuję, tłumaczę i kocham; to ważniejsze niż nowy komputer.
Bartuś jest od zawsze zawsze mądry, błyskotliwy – ale tak każdy rodzic powie o swoim dziecku. Sam w 4 klasie doszedł do wniosku – po co mam siedzieć i kuć w domu, jak wystarczy uważać na lekcji, a potem powtórzyć. Wolał w to miejsce przychodzić codziennie do mnie do szpitala.
Nie zawsze miałam czas czy siłę, ale starałam się, by nasze wspólne chwile były bardzo wesołe i owocne.
Nigdy w życiu Bartek nie miał z niczego korepetycji.
Sama nauczyłam go języka angielskiego i podstaw rosyjskiego. Nauczyłam go grać na cymbałkach, keybordzie i flecie, ale też  i na liściu,trawie Uśmiech
Nauczyłam syna zaradności i wrażliwości.
Bartek ma takie wspomnienie z dzieciństwa, że mama dzwoniła po muzeach, gdzie są bezpłatne wejścia.
Radziliśmy sobie, jak mogliśmy.
Gdy jeszcze pracowałam i Bartuś musiał czasami sam posiedzieć w domu, wymyśliłam taki system – i to radzimy wszystkim znajomym. To był czas, gdy wchodziły komputery. Bartuś mógł grać w gierki, ale najpierw musiał zawsze zrobić jakiś program edukacyjny. To wchodziło w nawyk: włączam komputer i najpierw się uczę przez zabawę, a potem bawię się dla relaksu.
Mimo wielu trudów życiowych udało się!
Trzy razy byłam już na skraju życia, ale zawsze najważniejszy był Bartek! dla Bartka!, co moje dziecko zrobi beze mnie!?
Jestem bardzo, nieuleczalnie chora i ciągle dochodzą mi kolejne choroby w wyniku choroby podstawowej.
A szpital to powszedniość… Na oddziale mówią na nas papużki – nierozłączki. Chemie, operacje. 2 razy stawały mi nerki; ciśnienie nie do zbicia; wypróbowali na mnie wszystko i w końcu powiedzieli, że nie ma mnie czym leczyć. Doszła śpiączka cukrzycowa.
Ludzie tak szkalują czasem lekarzy, a gdy ze mną było tragicznie, to pani doktor zamówiła za mnie mszę w szpitalnej kaplicy.
Mąż poszedł do spowiedzi i nie dostał rozgrzeszenia. Nawet ksiądz przeciwko nam!
Nie dał, bo nie był u spowiedzi od 6 miesięcy w tym na Boże Narodzenie („jak ty usiadłeś do wieczerzy wigilijnej!”). Zapytał dlaczego teraz przyszedł, powiedział, że żona jest w krytycznym stanie a on: „tak, dopiero jak ci źle to pamiętasz o Bogu!” i wygonił go bez rozgrzeszenia…. Straszne to było. Ale przezwyciężyliśmy i to.
Troszczy się o mnie mąż jak potrafi.
Pielęgnuje mnie i naszą miłość.
Prócz tylu somatycznych, a właściwie w ich wyniku, dała mi się we znaki też depresja. Wierzcie mi, że to straszna choroba. Żadna somatyczna nie może się z nią równać; dusza wyła….
Dajemy radę!
Doszedł też syndrom opuszczonego gniazda… Staramy się radzić sobie. Staramy się odrywać od codzienności. Staramy się umilać sobie życie i nie absorbować świata.
Ciężko koszmarnie było; bardzo źle bywa, ale nie ma takiej siły, która by nas rozdzieliła. Tak jak przyrzekaliśmy – razem zawsze, do końca.
To właśnie paradoksalnie te wszystkie nieszczęścia, kłopoty umacniają naszą miłość, bo wystawiona na próby trwa i chociaż to niemożliwe, że może być większa, to rośnie, wzmacnia się.
To jak żołnierze w boju; staramy się być dzielni, odważni, niestraszne nam nic. Żaden kryzys nam niestraszny! Pokonamy wszystko i wszystkich, byle być razem. Jak najdłużej!
No i prócz leczenia tych wszystkich moich choróbsk muszę wg. terapeuty definitywnie “wystawić tatusiowi walizeczki z mojej głowy”.
Nie jestem ani głupia, ani leniwa! Ale winna zawsze.
Muszę ponoć polubić się, zaprzyjaźnić sama ze sobą, by mi było lżej.
Bartuś czeka, że wychowam wnuki tak jak jego.
Ja mam tyle wyrzutów sumienia, że nie mogliśmy go rozpieszczać materialnie – Boże! ten wózek z anteną pod siedziskiem, by się nie zapadał…
SYN NIE LUBI,GDY GO ZA TO PRZEPRASZAM; mówi z wyrzutem, że chyba nie jestem zadowolona, pyta: “co? mam jakieś ułomności? czegoś mi brakowało”.
A ja po prostu chciałam, żeby miał lepiej niż ja!
Bo ja zanim siadłam do lekcji, musiałam przynieść czystą wodę, wylać wiadro z brudną, rozpalić pod kuchnią węglową i jeszcze trzeba było odrabiać po cichuśku, bo Pan Ojciec spał. Nie daj Boże było obudzić go – był agresywny i zdolny do wszystkiego. Pierwsze moje świadectwo z czerwonym paskiem zmiął i wyrzucił: ”to o niczym nie stanowi, liczy się co masz w głowie” – powiedział.
Zresztą całe życie słyszałam: “Pomyśl,że są mądrzejsi od ciebie; pokory trochę!”A całe życie mówił o innych:  “niski poziom”.
Poprawi się samopoczucie, nastrój, a to przełoży się na siły i zdrowie.

Edyta:

Moja historia przypominać może sceny rodem z komedii romantycznej i choć romantyczką nie jestem, to zaręczam, że miała ona miejsce w rzeczywistości. Z wielkim sentymentem cofam się do zdarzenia z przeszłości, które totalnie wywróciło moje życie do góry nogami, dlatego na zawsze gościć już będzie w moich wspomnieniach. A zaczęło się tak… Niczego nieświadoma mknęłam sobie jak zwykle rowerem po ulicach, pogrążona toczącym się akurat pojedynkiem rozmaitych myśli w mojej głowie. Było babie lato, opadłe liście cicho szeleściły pod kołami, promienie wrześniowego słońca igrały na mojej twarzy, a ja urzeczona pozwoliłam sobie rozkoszować się przez chwilę jego blaskiem. Trwało to zdecydowanie więcej niż chwilę, bo nie udało mi się wyhamować w porę. Spotkanie mojego przeznaczenia było z serii tych bolesnych, przypłaciłam je stłuczonym kolanem. Miało ono melancholię zatopioną w niesamowicie zielonych oczach, czerwoną koszulę w kratę oraz nieśmiały, aczkolwiek uroczy uśmiech ala Hugh Grant. Moje serce dostało od razu palpitacji, zanim jeszcze do mojej głowy dotarła powaga sytuacji. To było coś jak magnetyzm, nie mogłam  powstrzymać się, aby na niego nie patrzeć, choć wewnętrznie rozrywał mnie ogromny wstyd i zażenowanie. Spodziewałam się już odpowiednich epitetów na mój temat, bądź krytykę mojej jazdy i byłoby to całkiem zrozumiałe w tej sytuacji, lecz nic takiego nie nastąpiło. Jego nowo kupiony garnitur leżał rozrzucony na chodniku, a on zamiast go otrzepywać, pochylał się nade mną z zatroskaną miną. Takiego go właśnie zapamiętałam, jako opiekuńczego, kulturalnego chłopaka, który postawił sobie za obowiązek, nieść pomoc innym. W ramach przeprosin za ubrudzony garnitur zaproponowałam wspólną kawę i zwrot kosztów pralni. Nie chciał nawet o tym słyszeć, opatrzył mi kolano, posadził na ławce w parku i przyniósł kawę na wynos. Z godziny zrobiło się cztery, a my czuliśmy oboje jakbyśmy znali się całe życie. Teraz jesteśmy razem, wspólnie wspominamy nasze pierwsze spotkanie, przypominające kadry z filmu. Co najważniejsze, nasza znajomość rozwija się w dobrym kierunku, planujemy wspólny sylwester, później mam nadzieję kolejny, aż w końcu dojdzie do zakończenia… i żyli długo i szczęśliwie :)

Żaneta:

Chodziłam do liceum w małym powiatowym mieście, dojeżdżałam tam codziennie oczywiście, a na dworzec szło się przez mało urokliwy wtedy park – siedlisko meneli. Teraz wygląda on o wiele bardziej cywilizowanie, nawet rzeczka jest czysta, a wtedy przypominała ściek dla okolicznych domków na obrzeżach miasta… I kiedyś w maju idziemy sobie z koleżanką na ten dworzec, było dość ciepło, więc byłyśmy już dość lekko ubrane, a tu na ławeczce o dziwo, nie menele siedzą, a dwóch sympatycznie wyglądających staruszków (w wieku, który wg moich nastoletnich obliczeń plasował się ok. 100 lat, a dziś to tak na 70- 75 lat bym ich oceniła;)… Więc przechodzimy obok nich i nagle słyszymy szept: „Ale piersi…” – nie precyzowali jednak dokładnie, o które im chodziło, a my oczywiście nie dopytywałyśmy… Nie wiem, jak koleżanka, ale ja byłam zaskoczona najbardziej tym, że oni w ogóle jeszcze coś widzą! I że w tym wieku jeszcze mają takie zainteresowania;)

Zobacz również:

Kącik porad – czytelnicy pytają, eksperci odpowiadają

Konkursy z nagrodami

Najciekawsze Pomysły na Prezent – perfumy do wygrania!

 



Możesz śledzić wszystkie odpowiedzi do tego wpisu poprzez kanał .

2 komentarzy do Opowiedz nam swoją historię i wygraj nowości książkowe!

  1. avatar Zafira napisał(a):

    Fajne, życiowe historie; lubię takie poczytać

  2. avatar Damiana napisał(a):

    Tak, najbardziej ciekawe historie pisze samo życie…

Dodaj komentarz


Aleja handlowa

Zestaw prezentowy - smakołyki od ETERNO
Możliwość nadruku na skryzneczce
Cena:
120 zł
Forever Fields of Green
Zielone źdźbła młodych zbóż, pszenicy i jęczmienia oraz lucerny
Cena:
54,40 zł
Piżama chłopięca marki KANZ
Bawełniana, miła w dotyku piżama dla chłopca na wiosenne i letnie noce
Cena:
39,90 zł
Zestaw do fondue
Śliczny ceramiczny zestaw
Cena:
18,90 zł
Gorset mocno wyszczuplający talię, brzuch
Kkształtuje talię, górne i dolne partie brzucha
Cena:
31 zł
Naturalne płatki mydlane do prania Enklare NumberOne
Delikatne dla skóry, wykonane na bazie mydła naturalnego Enklare
Cena:
17,90 zł

FORUM - bieżące dyskusje

Impreza Kulturalno- Sportowa
Dzień dobry, organizuję imprezę kulturalno-sportową i poszukuję firmy, która pomoże mi w zorganizowaniu stoiska sponsorów,...
Odszkodowanie
Myślę, że w takim przypadku warto skorzystać z pomocy adwokata. Ja korzystałam z pomocy...
Kredyt - w jakim banku najkorzystni…
InBank niby ma taki tani kredyt, ale to pewnie w praktyce wychodzi inaczej...
Empik
Jakiemu specjaliście? Przecież tu są podawane promocje w Empiku ;)
facebook