Moje życie z nietypową pasją. Jak hobby zmieniło mój świat – historia Kasi
dodał: Iwona Marczewska
Poznajcie Kasię – energiczną i pełną pasji kobietę, która odnalazła w życiu spełnienie. Jej opowieść uzmysławia nam, że czasami starą ścieżką możemy dotrzeć do nowego celu, wystarczy pójść kawałek dalej. A tuż za rogiem może czekać coś, co odmieni nasz los.
Moje życie było uporządkowane, zwykłe i przewidywalne. Praca, dom, obowiązki. Nic, co wykraczało poza schemat. I jeśli mam być szczera, to nawet nie bardzo wiedziałam, czego chcę od życia. Może dlatego tak długo bałam się opuścić rodzinny dom, gdzie życie toczyło się z dnia na dzień. Dziś wiem, że nietypowe hobby potrafi zmienić sposób patrzenia na świat. Potrafi też przewrócić relacje do góry nogami i nadać codzienności większe znaczenie.
Jestem Kaśka, po prostu Kaśka
Pochodzę z małej miejscowości leżącej niedaleko Krakowa. To taka typowo wiejska okolica, którą mógłby zachwycić się jedynie Reymont. Rówieśnicy albo powyjeżdżali do miast, albo szybko założyli rodziny i zostali w wielopokoleniowych gospodarstwach. Nie byłam zdecydowana, co chcę robić w życiu i nie miałam na siebie pomysłu. Pewnie dlatego nie wybrałam żadnych studiów, a po szkole średniej zaczęłam od razu pracować. Nic specjalnego, zostałam doradcą klienta w markecie budowlanym.
Miałam jakąś taką smykałkę do majsterkowania. W domu czasami trzeba było coś zreperować, więc pomagałam. Gospodarstwo wymagało pracy, siostra w wielkim świecie, tato podupadł na zdrowiu, więc ja zostałam z rodzicami. Znajomych miałam niewielu, bo przecież każdy ma jakieś swoje życie.
W moim nie było miejsca na zachwyt. Taka pospolita codzienność, od której odrywałam się tylko wtedy, gdy siadałam z książką w fotelu. Starał się o mnie kolega z pracy, ale wiecie… myślałam, że właściwie to ja nie mam nic do zaoferowania chłopakowi z miasta. Przecież nie zostawię rodziców, a sama chyba też nie odnalazłabym się w krakowskim zgiełku. Ale wszystko zmieniło się w taki sposób, jakiego nikt się nie spodziewał…

Początek czegoś innego
Kiedy żyjesz w takim jednostajnym otoczeniu, w którym wszystko jest takie samo od lat, nie oczekujesz zmian. A nawet to, co się zmienia, jest częścią tego stabilnego środowiska. Ktoś wychodzi za mąż, komuś rodzą się dzieci, umierają dziadkowie. Młodzi wyjeżdżają na studia i nie wracają. Nikt nowy się nie buduje. Największą zmianą jest remont drogi gminnej. Mimo to lubię ten spokój i nie umiałabym zamienić go na harmider wielkich miast. Czuję się zakorzeniona w swojej rodzinnej miejscowości.
Wszystko zaczęło się nieoczekiwanie i bez planu. Pół roku wcześniej odszedł mój Dziadek, który był dla mnie kimś ważnym. Już w dzieciństwie znajdywaliśmy wspólny język, jakby nie istniała dla nas różnica pokoleń. Był dla mnie kumplem, nauczycielem, opiekunem. Lubiłam spędzać u niego czas, bo miał pięknie wyposażony domek. Nieduży, dwuizbowy, ale urządzony stylowo i z charakterem. Dziadek był stolarzem. Takim z prawdziwego zdarzenia. Zresztą, w rodzinnym domu też mamy meble, które wyszły z jego warsztatu. To stara rzemieślnicza szkoła, miał prawdziwy fach w ręku.
Rodzice uznali, że powinnam przejąć dom po Dziadku. Idealne rozwiązanie, żeby mieć więcej prywatności, to może wtedy łatwiej będzie o małżeństwo. Domek w tej samej miejscowości, więc nikt nikogo i niczego nie zostawia. Pomyślałam: czemu nie?
Warsztat Dziadka
W budynku gospodarczym na posesji dziadków znajdował się warsztat. Nie byłam w nim przez lata. Jako nastolatka często towarzyszyłam Dziadkowi podczas jego pracy. Na wakacjach „zatrudniał” mnie do pomocy. Dostawałam od niego kieszonkowe i uczyłam się bejcowania, nakładania politury i rozpoznawania gatunków drewna. Szlifowałam deski papierem o różnej gradacji. Pokazywał mi, jak naprawić uszkodzony fornir. To tam nauczyłam się cierpliwości. Wiedziałam, jak zdjąć starą farbę, by uniknąć zniszczeń. Umiałam wzmocnić konstrukcję odpowiednio zaprojektowanymi wspornikami.
Teraz, gdy wchodziłam tam po latach, wspomnienia odżyły. Przypomniałam sobie, ile radości dawało nie tyle tworzenie, co naprawianie mebli. To dawanie im drugiego życia. Zrozumiałam, że to, co zepsute, stare, to co się znudziło, nie jest stracone. Trzeba tylko poświęcić temu trochę pracy i uwagi. I to jest zmiana. Zmiana bez utraty. To dało mi nowe spojrzenie i sens, którego nie znałam. I które wywróciło mój świat do góry nogami.
Wielkie zmiany
Domek wymagał odnowienia i zagospodarowania w nieco bardziej nowoczesny sposób. Tomek, mój kolega z pracy, zaoferował pomoc. Tak, ten sam, który chciał się do mnie zbliżyć. Okazało się, że całkiem nieźle sobie radzi przy remontach. W dodatku interesuje się starym budownictwem. Jego pomoc była niezwykle cenna, a oszczędności na fachowcach ogromne, bo nie musiałam zatrudniać ludzi do wszystkiego. Tam, gdzie mogliśmy poradzić sobie bez profesjonalistów, działaliśmy wspólnie. I chyba coś w tym jest, że mężczyźni budują więzi poprzez działanie. My, kobiety, bazujemy na wspólnym przeżywaniu emocji. Mężczyźni mają inny schemat budowania zaangażowania. I właśnie przy wspólnej pracy bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
Po uporaniu się z remontem zaprosiłam Tomka na coś w rodzaju parapetówki. Wtedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy. To było dla mnie wielkie przeżycie, bo właściwie do tej pory nie byłam z nikim na serio. A on chciał się spotykać dalej. Już nie tylko przy kładzeniu płytek.
Zapisaliśmy się na warsztaty renowacji starych mebli. Oboje. Nauczyłam się wielu nowych i praktycznych rzeczy. Praca rękami uspokajała moje myśli. Każdy detal wymagał cierpliwości i nadawał ruchom sens. Znalazłam to. Odkryłam, co chcę w życiu robić. A Tomek chciał tego samego.
Dziś jesteśmy małżeństwem. Prowadzimy wspólnie warsztat renowacji starych mebli. Zamieszkaliśmy w tym małym domku, który wspólnie wyremontowaliśmy. Żyje nam się dobrze. Mamy dużo pracy, bo wielu klientów z Krakowa oddaje w nasze ręce meble, które chce ocalić. Czasem myślę o Dziadku w jego warsztacie. Wiem, że wszystko zaczęło się właśnie tam.
Dziś renowacja mebli to coś więcej niż hobby. To sposób patrzenia na świat. Widzę potencjał tam, gdzie inni widzą problem. Widzę historię, a nie tylko pęknięcia. Nauczyłam się akceptacji niedoskonałości, także własnych, i podejmowania starań o zmianę. To było moje najważniejsze odkrycie. Zrozumiałam, że wcale nie trzeba wyrzec się wszystkiego, żeby całkowicie zmienić swoje życie.
nadesłała: Kasia
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.









