Zostałam wdową i myślałam, że to koniec. Teraz znów żyję pełnią życia
dodał: Iwona Marczewska
Teresa przeżyłą ogromną stratę. Poukładande i pełne miłości życie załamało się, gdy zmarł najdroższy mąż. Okazuje się jednak, że kiedy trzeba żyć dalej, można i należy wciąż traktować życie jak cenny dar.
Kiedy zostałam wdową miałam pięćdziesiąt dwa lata i poczucie, że moje życie właśnie się skończyło. Z Krzysiem byliśmy razem przez ponad dwadzieścia lat, więc nagle zabrakło nie tylko męża. Zmienił się charakter codzienności, zgubiłam gdzieś rytm i poczucie bezpieczeństwa. Cisza w domu była najtrudniejsza, bo przypominała mi o tym, czego już nie mam. Dziś mam pięćdziesiąt sześć lat. Mogę powiedzieć, że odzyskałam radość życia, choć jeszcze kilka lat temu wydawało mi się to niemożliwe.
Życie po stracie – kiedy codzienność przestaje mieć sens
Pierwsze miesiące były jak zamglenie, bo niby funkcjonowałam, ale nie żyłam naprawdę. Wstawałam rano, robiłam to, co musiałam, i czekałam, aż dzień się skończy. Ludzie wokół mówili, że czas leczy rany, ale ja miałam wrażenie, że tylko pogłębia pustkę. Każdy przedmiot w domu przypominał mi o Krzysztofie, a każda czynność była naznaczona wspomnieniami.
Najgorsze były wieczory, kiedy siadałam sama i nie miałam się do kogo odezwać. Dzieci miały swoje życie, co było naturalne, ale dla mnie oznaczało jeszcze większą samotność. Zaczęłam unikać spotkań towarzyskich, bo nie chciałam odpowiadać na pytania ani słuchać pocieszeń, które niewiele zmieniały. Zamknęłam się w sobie i przez długi czas nie widziałam wyjścia z tej sytuacji.
Nadszedł moment zmiany
Pewnego dnia spojrzałam na siebie w lustrze i zobaczyłam szarą, zrezygnowaną kobietę. Dostrzegłam wreszcie, jak smutne i nudne stało się moje życie. Zdałam sobie sprawę, że jeśli nic nie zmienię, to kolejne lata będą wyglądały dokładnie tak samo. To była trudna myśl, ale jednocześnie pierwszy impuls do działania.
Zaczęłam od małych rzeczy, bo nie miałam siły na wielkie zmiany. Wyszłam ze znajomą do kawiarni, kupiłam sobie bilet na spektakl. Zapisałam się na zajęcia fitness, bo usłyszałam o grupie treningowej dla kobiet w moim wieku. Na początku czułam się nieswojo, bo miałam wrażenie, że nie pasuję, ale z czasem zaczęłam odnajdywać w tym radość. Postanowiłam też uczęszczać do Dyskusyjnego Klubu Książki. Poznałam tam osoby, które też przeżyły stratę, co dało mi poczucie, że nie jestem sama.
Zaczęłam też wracać do rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność, ale o nich zapomniałam. Czytałam nałogowo książki, gotowałam i pozwalałam sobie na drobne przyjemności bez poczucia winy. To były małe kroki, ale każdy z nich przybliżał mnie do życia, które znów zaczynało mieć sens.
Nowy początek
Z czasem zauważyłam, że zaczynam się uśmiechać bez powodu, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Samotność nie zniknęła całkowicie, ale przestała być przytłaczająca. Nauczyłam się być sama ze sobą i odkryłam, że to wcale nie musi być smutne ani puste.
Moje relacje z ludźmi też się zmieniły, bo zaczęłam być bardziej otwarta. Nie szukałam nikogo na siłę, ale przestałam się bronić przed bliskością. Zrozumiałam, że życie po stracie wygląda inaczej, ale to nie znaczy, że musi być gorsze.
Znów szczęśliwa
W końcu wpadłam na pomysł, który przewrócił moje życie do góry nogami. Z Krzysiem mieliśmy tyle wspólnych planów, które nie zostały zrealizowane. Postanowiłam, że dokończę je sama. Dla nas. No może nie do końca sama, bo niektóre z pomocą dzieci i znajomych. Powstała długa lista marzeń, celów i zadań do wykonania. Są na niej miejsca, które mieliśmy odwiedzić. Teraz odwiedzam je sama, z rodziną albo z zaprzyjaźnionymi członkami klubu. Podróżuję, zwiedzam, a potem wszystko mu w duszy opowiadam. Jak tam jest, jakie mam wrażenia. Chodzę na sztuki, których nie zdążyliśmy zobaczyć. Uczę się hiszpańskiego. Wysadziłam na rabacie tulipany w pięćdziesięciu kolorach. Od dawna o tym myśleliśmy. Oddałam do serwisu rowery, które mieliśmy naprawić. Potem jeden z nich dałam komuś, kto potrzebował. Przemalowałam sypialnię na ten kolor, który kiedyś wspólnie wybraliśmy. Na liście mam jeszcze stworzenie graffiti, zostanie statystą w filmie i napisanie tekstu piosenki. I ja to wszystko zrobię, bo znów tego chcę.
Dziś wiem, że odzyskanie radości życia po śmierci małżonka jest możliwe, choć wymaga czasu, cierpliwości i odwagi. Strata na zawsze zostaje częścią mnie, ale nie definiuje już całego mojego życia. Znalazłam sposób na pielęgnowanie tych najlepszych wspomnień. I choć nigdy nie zapomnę tego, co było, to nauczyłam się patrzeć do przodu z nadzieją, a nie tylko z tęsknotą.
nadesłała: Teresa
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.






