Kiedy mąż wybiera karty zamiast rodziny – wyznanie kobiety po przejściach
dodał: Małgorzata Kopeć
Nie pamiętam, kiedy przestałam ufać, a zaczęłam liczyć pieniądze. W którym momencie miłość ustąpiła miejsca ciszy, pełnej strachu i niepewności. Mój mąż był kiedyś człowiekiem, przy którym świat wydawał się kolorowy. Miał uśmiech, który rozbrajał, i spojrzenie, w którym tonęłam. A potem pojawiły się karty.
Na początku to była zabawa. Spotkania z kolegami, „wieczór pokera” raz w tygodniu. Śmiałam się z jego pasji, podawałam przekąski, nawet siadałam obok, gdy tasował. Pachniał perfumami i nadzieją. Potem przyszły noce, kiedy nie wracał. Dni, w których milczał, bo przegrywał. I te, w których był zbyt szczęśliwy, by mówić prawdę – bo wygrał, a ja wiedziałam, że to tylko cisza przed burzą.

Hazard to choroba, która zaczyna się niewinnie. Zaczynasz wierzyć, że masz szczęście. Potem – że potrafisz nad nim zapanować. A na końcu – że możesz wygrać z losem. On uwierzył w to wszystko. A ja… uwierzyłam w niego.
Najpierw zniknęły drobiazgi – pieniądze z portfela, zegarek po ojcu. Potem kredyt. A w końcu – nasz dom.
Nigdy nie zapomnę dnia, w którym komornik wszedł do mieszkania. Stał przy stole, a ja wciąż miałam nadzieję, że to jakiś żart, pomyłka, coś, co da się odwrócić. Ale na stole leżały karty – te same, przy których mój mąż spędzał noce, jakby mógł nimi rozdawać własne życie.
Czasem wracał z kasyna roztrzęsiony, pachniał dymem i porażką. Innym razem wchodził z szerokim uśmiechem, z bukietem kwiatów i słowami: „Tym razem się udało”. Wtedy wiedziałam, że za chwilę znowu wszystko przegra. Bo hazardzista nie przestaje wtedy, gdy wygrywa – tylko wtedy, gdy nie ma już czego przegrać.
Próbowałam z nim walczyć. Tłumaczyć, błagać, krzyczeć. Pisałam listy, których nigdy nie przeczytał. Prosiłam, żeby poszedł na terapię. Poszedł – raz. Wrócił z ironicznym uśmiechem i powiedział, że „tam wszyscy to przegrani”. Nie rozumiał, że on też już przegrał – mnie.
Najgorsze były noce. Budziłam się na dźwięk klucza w zamku. Czasem nie przychodził wcale. Kiedyś usiadł przy stole, rozłożył karty i patrzył na nie, jakby próbował z nich wywróżyć przyszłość. Powiedziałam: „Znowu przegrałeś?”. Odpowiedział cicho: „Nie, tym razem przegrałem wszystko”. I wtedy zrozumiałam, że to już koniec.
Spakowałam kilka rzeczy, zdjęcie z naszego ślubu i wyszłam. Nie było łez, tylko pustka. Po tylu latach walki człowiek nie płacze – po prostu przestaje wierzyć.
Pierwsze dni po odejściu były jak odwyk. Budziłam się i nasłuchiwałam, czy nie wrócił. Przez długi czas każde pukanie do drzwi ścinało mi oddech. Czasem myślałam, że może mogłam zostać, może jeszcze raz mu pomóc. Ale jak pomóc komuś, kto kocha swoje karty bardziej niż ciebie?
Dziś, po latach, już nie czuję gniewu. Został żal – nie do niego, tylko do siebie, że tak długo milczałam. Że pozwoliłam, by miłość zmieniła się w uzależnienie od nadziei. Bo kobieta z hazardzistą nie czeka na cud – ona czeka, aż on się zatrzyma. A on nigdy się nie zatrzymuje.
Czasem jeszcze widzę karty. W filmie, w reklamie, na stole u znajomych. I wtedy czuję ten znajomy dreszcz. Nie z tęsknoty – z pamięci. Bo wiem, że karty pachną zdradą.
Nie mam już pretensji do losu. Może właśnie tak miało być, żebym zrozumiała, że prawdziwe życie zaczyna się wtedy, gdy przestajesz grać w cudze gry.
nadesłała: Wanda K.









