Przyznam szczerze – przez długi czas patrzyłam na matchę z lekkim dystansem. Zielony proszek o intensywnym kolorze przypominał mi bardziej kosmetyk niż coś, co mogłabym wypić. Ale kiedy koleżanka z pracy zaczęła dzień bez kawy, a mimo to wyglądała na bardziej pobudzoną niż zwykle, zapytałam w końcu: „Co ty pijesz?”. Uśmiechnęła się i odparła: „Matchę. Zmieniła moje poranki”. I tak zaczęła się moja przygoda z napojem, który okazał się czymś więcej niż tylko modnym trendem.
Matcha to japońska zielona herbata w najczystszej postaci – liście są cieniowane przed zbiorem, a potem mielone na drobny, jadeitowy proszek. W przeciwieństwie do zwykłej herbaty, w przypadku matchy pijemy cały liść, co oznacza, że dostarczamy organizmowi wszystkiego, co w nim najcenniejsze – antyoksydantów, witamin, minerałów i aminokwasów. To trochę jak zjedzenie owocu zamiast wypicia soku – różnica w wartości odżywczej jest ogromna.

Początkowo najbardziej zaskoczył mnie smak – nieco trawiasty, ziemisty, a jednocześnie kremowy i łagodny. Z czasem nauczyłam się go lubić. Zrozumiałam też, że dobra matcha to nie tylko napój, ale rytuał. Japończycy od wieków traktują jej przygotowanie jak sztukę – z szacunkiem, skupieniem, w ciszy. Mnie też ten moment uspokaja – wsypuję proszek do miseczki, zalewam ciepłą (nie wrzącą!) wodą i ubijam bambusową miotełką chasen, aż pojawi się lekka, zielona pianka. To chwila, w której świat zwalnia.
Nie bez powodu matcha zyskała miano „zielonej energii”. W przeciwieństwie do kawy, nie powoduje nagłego skoku i spadku pobudzenia – dzięki zawartości L-teaniny działa dłużej i łagodniej. Mózg pracuje sprawniej, koncentracja się poprawia, a energia utrzymuje się przez wiele godzin. Co ciekawe, L-teanina w połączeniu z kofeiną wpływa także na nastrój – po matchy czuję się spokojniejsza, a jednocześnie skupiona. To połączenie relaksu i jasności umysłu, którego nie daje żaden inny napój.
Matcha nie tylko na pobudzenie
Ale matcha to nie tylko sposób na pobudzenie. To prawdziwa skarbnica zdrowia. Zawiera kilkukrotnie więcej antyoksydantów niż jagody goji czy granat. Chroni komórki przed stresem oksydacyjnym, wspiera pracę wątroby, reguluje poziom cholesterolu i cukru we krwi. Badania pokazują również, że regularne picie matchy może wspomagać odchudzanie – przyspiesza metabolizm i spalanie tłuszczu. Sama zauważyłam, że od kiedy zastąpiłam drugą kawę dziennie filiżanką matchy latte, rzadziej sięgam po słodkie przekąski. Matcha łagodnie stabilizuje poziom energii i apetytu.
W mojej kuchni matcha na stałe zagościła nie tylko w kubku. Lubię dodawać ją do smoothie z bananem i mlekiem roślinnym – daje piękny kolor i subtelny smak. Świetnie komponuje się z białą czekoladą, dlatego przygotowuję też ciasteczka z jej dodatkiem albo domowe praliny. A gdy mam ochotę na coś wyjątkowego, robię matcha latte z odrobiną miodu i mlekiem owsianym – napój, który smakuje jak spokój w filiżance.
Rodzaje matchy
Nie każda matcha jest jednak taka sama. Warto wybierać herbatę klasy ceremonialnej, pochodzącą z Japonii (najlepiej z regionu Uji lub Nishio), o intensywnie zielonej barwie i delikatnym aromacie. Tańsze, spożywcze wersje często mają gorzki posmak i nadają się raczej do wypieków. Pamiętajmy też, by przechowywać ją w szczelnie zamkniętym opakowaniu, z dala od światła i wilgoci – tylko wtedy zachowa swoje właściwości i kolor.
Często pytają mnie znajomi: „Czy matcha naprawdę działa, czy to tylko moda?”. Uśmiecham się wtedy i odpowiadam, że moda może minąć, ale dobre samopoczucie zostaje. Dla mnie matcha to nie trend, lecz codzienny rytuał, który przywraca równowagę. Nie daje natychmiastowego efektu jak espresso, ale przynosi coś ważniejszego – spokój, klarowność i energię, która nie wypala. To taki zielony oddech w biegu dnia.
Może dlatego Japończycy nazywają ją „herbatą długowieczności”. I choć nie wiem, czy rzeczywiście dodaje lat, jestem pewna jednego – dodaje jakości każdemu porankowi.









