Zamieniłam karierę na pasję. Odeszłam z biura i zaczęłam malować – poznaj historię odzyskanych marzeń
dodał: Iwona Marczewska
Poniżej publikujemy poruszający list Ewy – kobiety, która przez lata wybierała bezpieczeństwo zamiast marzeń. To opowieść o odwadze, o powrocie do siebie i o tym, że nigdy nie jest za późno, by odzyskać własny głos. Czasem dopiero po latach rozumiemy, że rezygnacja z pasji bywa cichą utratą samego siebie – a odrodzenie zaczyna się od jednego pociągnięcia pędzla.
Jestem kobietą, która długo wybierała bezpieczeństwo. Uważałam, że podążanie za marzeniami jest zbyt ryzykowne. To przekonanie, pełne ostrożności i lęku, uwięziło mnie na lata. Chciałabym opowiedzieć tę historię, bo może komuś uświadomi ważną rzecz. Nawet jeśli odłożyłaś marzenia na półkę, może jeszcze życie ułoży się tak, że znów po nie sięgniesz.
W młodości malowałam. Jedynie amatorsko, ale kochałam to. Farby pachniały wolnością, pozwalały uzewnętrznić coś, czego nie da się wypowiedzieć. Potem przyszła dorosłość, a wraz z nią konieczność samodzielności. Materiały malarskie były drogie. Wybrałam studia ekonomiczne, ponieważ były rozsądne. Potrzebowałam stabilnej pracy, bo nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby raz mieć dochód, a raz nie. Przekonana, że życie artystyczne jest luksusem, zrezygnowałam z pasji.
Tak trafiłam do biura. Duża firma, nienajgorsze wynagrodzenie. Praca była bezpieczna, ale dla mnie jakaś… pusta. Nie chodzi o to, że to zły kierunek, bo zawody ekonomiczne są potrzebne i mogą być angażujące. Po prostu brakowało mi możliwości ekspresji. Dni mijały powoli. Czułam, że coś we mnie gaśnie. Mówiłam sobie, że tak wygląda dorosłe życie. Dziś wiem, że się myliłam.
Stabilna praca i cicha rezygnacja z siebie
Praca biurowa dawała mi regularną pensję. Dawała też przewidywalność. Każdy dzień wyglądał podobnie. Tabele, raporty i zebrania. Wracałam do domu zmęczona i niespełniona. Malowanie całkowicie zniknęło z mojego życia. Od dawna nie miałam na nie czasu. W głębi serca wiedziałam, że to może i wymówka. Bałam się ryzyka. Bałam się śmieszności. Uczyłam się tłumić tęsknotę.
Potem poznałam Roberta, wyszłam za mąż, kupiliśmy mieszkanie, urodziła nam się córka. Taki prosty scenariusz. Weronika od dziecka uwielbiała malować. To nie ja ją do tego nakłoniłam. Nie próbowałam jej ukierunkować. Nie jestem matką, która niespełnione aspiracje chce realizować poprzez dziecko. To wyszło od niej samej. Jej pasja była naturalna i odważna. Patrzyłam na nią z dumą i zazdrością.
Dorastała oddając się swojej pasji bez skrępowania. Potem poszła na studia artystyczne. Wybrała ten kierunek bez chwili wahania. Stać nas było na to, żeby córka wybrała swoją drogę, jakakolwiek by ona była. Radziła sobie świetnie. Ma wrodzony talent i odwagę wyrażania siebie, której nie tłumiły ani wtedy, ani teraz żadne wątpliwości. Wspierałam ją całym sercem. Jednocześnie coś we mnie pękało. Widziałam własne, porzucone marzenia artystyczne. I udawałam, że mnie to nie dotyczy.
Wernisaż, który zmienił moje życie
Wszystko zmieniło się podczas wernisażu córki. Stałam w galerii pełnej ludzi. Patrzyłam na jej obrazy na ścianach. Czułam wzruszenie i dumę, chłonąc jej sztukę. Poczułam też ból. Ten ból był tęsknotą za czymś dobrze znanym. Zrozumiałam to nagle, było jak taki przebłysk w głowie. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat. Dziewczynę z pędzlem i farbami. Młodą duszę, która marzyła i która nie mogła podążać za marzeniami, w zgodzie ze sobą. Dziewczynę, która czuła, że pociągnięciami pędzla komunikuje się ze światem. Najszczerzej jak tylko można. Wracając do domu nie mogłam przestać myśleć o tym, jak bardzo brakuje mi tamtej siebie. Myśl o powrocie do malowania nie dawała mi spokoju. Następnego dnia poszłam do pracy jak zwykle, ale nic nie było takie samo. Wiedziałam, że porzuciłam już ten scenariusz. Brakowało tylko decyzji.
Wieczorem weszłam do pokoju córki. Nie było jej, była w swojej pracowni, ale w pokoju nie brakowało pędzli, farb i płócien. I stało się. Po prostu zaczęłam malować. To było tak, jakby puściła ogromna tama. Jakby coś przerwało mur budowany przez dziesięciolecia.
W tym stanie totalnego flow znalazł mnie Robert. Kiedy do mnie podszedł i przytulił, rozpłakałam się. Nie mogłam już dłużej tego tłumić. Zresztą, już nie musiałam. Od tej pory coraz więcej czasu spędzałam w pokoju córki. A potem zaczęła zapraszać mnie do swojej pracowni. Malowałyśmy zwykle osobno, każda zatapiając się we własnym skupieniu, ale powstały też obrazy malowane wspólnie. To znaczyło dla mnie więcej, niż wszystko do tej pory. Kilka miesięcy później złożyłam w biurze wypowiedzenie. Strach był ogromny, bo miałam 52 lata. Ulga była jeszcze większa.
Galeria, pasja i nowe życie
Dziś prowadzę z córką małą galerię sztuki. Łączę umiejętności z pasją. W naszym małym, rodzinnym biznesie zajmuję się księgowością i organizacją. Wystawiam też własne obrazy. Malowanie wróciło do mojego życia na dobre. Każdy dzień ma sens. Pracuję więcej niż kiedyś, ale jestem spokojniejsza. Zamieniłam karierę na pasję świadomie. Nie uciekłam od odpowiedzialności. Zbudowałam coś prawdziwego. Galeria sztuki jest naszym wspólnym miejscem. Miejscem rozmów, emocji i odwagi w wyrażaniu siebie. Nie żałuję porzucenia stabilnej pracy. Żałuję tylko, że nie zrobiłam tego wcześniej.
Marzenia artystyczne nie mają daty ważności. Pasja nie znika, tylko czeka. Czasem trzeba ją obudzić, nawet po latach ciszy. Jeśli czujesz tęsknotę, posłuchaj jej uważnie. Ona wie, dokąd iść.
nadesłane: Ewa R.
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.











