Dorastałam przy wymagającej matce. Dziś pozbywam się strachu przed oceną – historia Agnieszki
dodał: Iwona Marczewska
Agnieszka podzieliła się z nami historią, która miała niezbyt dobry początek, ale może mieć udane zakończenie. To opowieść o świadomości i emocjonalnej samodzielności, którą czasami musimy zbudować ogromnym wysiłkiem, ale warto.
Chciałabym opowiedzieć historię, która wpłynęła na całe moje życie. Jest o niskim poczuciu własnej wartości. Jest o lęku przed oceną. I o tym, jak się z niego uwolnić.
Moja matka była nauczycielką. Wszyscy ją szanowali, rodzice ufali jej metodom, a uczniowie czuli respekt. Ja dorastałam w cieniu jej wymagań. W domu nie było krzyku. Były spojrzenia. Były poprawki i komentarze pisane czerwonym długopisem. Każde zdanie mogło być lepsze. Każda decyzja wymagała uzasadnienia. Należało się bardziej starać, mierzyć wyżej, pracować ciężej. Od małego uczyłam się jednego – że zawsze można lepiej. I że ja nigdy nie jestem dość dobra.
Dom, w którym wszystko było sprawdzianem
Lekcje odrabiałam przy stole, bo matka siedziała obok. Sprawdzała zeszyty, poprawiała litery, zaznaczała błędy. Nawet wtedy, gdy było dobrze, musiała się czegoś doszukać. Mówiła, że świat jest wymagający, że muszę być przygotowana. Chwaliła rzadko. Częściej porównywała. Zwłaszcza z innymi dziećmi, z najlepszymi uczniami i ze swoim wyobrażeniem ideału. Kiedy przynosiłam czwórkę, pytała, dlaczego nie piątka. Kiedy piątkę, pytała, czy uważam, że zasłużona. Tak samo było w innych sprawach, tych poza nauką. Nauczyłam się nie cieszyć za bardzo. Bo czym, skoro każdą radość gasiła jej krytyka? Bałam się porażki. Bałam się jej rozczarowania, złości, tego, że przyniosę jej wstyd i zawód. Uczyłam się funkcjonować tak, by nie rozczarowywać i nie prowokować ocen.
Dorosłe życie
Dorosłość przyniosła nowe wymagania. Studia i presja bycia najlepszą, którą mimo starań nie byłam, co stanowiło bolesną porażkę. Skończyłam studia z wyróżnieniem, ale nie jako ta najlepsza, co oznacza, że znów za mało robiłam i za mało umiałam.
Potem praca. Mamy już nie było, ale praca wystawiła mnie na ocenę. Spotkania, prezentacje, porównania. Każda krytyka bolała podwójnie. Nawet ta konstruktywna. Brałam ją osobiście. Wracałam do domu wyczerpana. Po drodze analizowałam każde słowo, każdy gest. Opinie innych decydowały o moim nastroju. O mojej pewności siebie. O mojej wartości.
Pytanie, które zmieniło perspektywę
Z zewnątrz sprawiałam pozory silnej, ambitnej i opanowanej. W rzeczywistości jedna uwaga potrafiła mnie rozbić. Przekonanie, że jestem nie dość dobra, za leniwa, za głupia wrosło we mnie. A przecież miałam na swoim koncie też sukcesy. Jeden z nich zapoczątkował zmianę.
Projekt, nad którym pracowałam zarządzając całym zespołem, zdobył prestiżową nagrodę. Świętowaliśmy to w firmie, a jako project manager dostałam specjalną premię, gratulacje i pochwały. Oczywiście podziękowałam każdemu za wkład i ciężką pracę, bez której nie fetowalibyśmy sukcesu. Podkreśliłam umiejętności każdego z członków zespołu, jego zaangażowanie, wiedzę i wysiłek. Koledzy i koleżanki docenili moją wizję, umiejętność planowania i organizację pracy, szybkie reagowanie na zmiany, skuteczność, podejście do rozwiązywania problemów i dyscyplinę, jaką potrafiłam utrzymać w zespole.
Nie byłam przygotowana na coś takiego. Na każdy komplement z ich strony odpowiadałam zarzutem wobec siebie samej. Można było zrobić to lepiej, inaczej, sprawniej, szybciej (przekroczyliśmy termin), przy niższych nakładach. Ja mogłam być bardziej zdecydowana, mogłam być lepszą liderką, mogłam wiedzieć i umieć więcej, więcej od siebie wymagać, brać więcej nadgodzin, lepiej motywować zespół. Przeprosiłam za te oczywiste niedociągnięcia.
Wokół mnie zrobiła się cisza. Koledzy i koleżanki popatrzyli po sobie. Przecież mamy sukces – powiedział ktoś. Dzięki tobie, że to wszystko spięłaś – dodał ktoś inny. Dałaś z siebie wszystko, tak jak my – usłyszałam.
W pierwszym momencie poczułam się osaczona. W drugim powoli zaczęło do mnie docierać… Czy ja naprawdę jestem taka niewystarczająca, czy tylko nauczyłam się taka być? I zrozumiałam, że żyję w ciągłym napięciu, że każda ocena uruchamia stare schematy.
Nauka życia bez czerwonego długopisu
Wróciłam do domu. Kolacja. Prysznic. Cisza. I wtedy to pytanie wróciło. Czy jestem niewystarczająca? Uświadomiłam sobie, że od lat tak na siebie patrzę. Jak na projekt do poprawy. Zrozumiałam, że opinie innych ukształtowały mój sposób myślenia.
Miałam bardzo wymagającą matkę. Bardzo. Dziś nie mam jej tego za złe, bo przecież wyprowadziła mnie na ludzi. W dzieciństwie jednak te wszystkie zakazy, nakazy, pouczenia, reprymendy i kary były dla mnie trudnym doświadczeniem. Sprawiały, że trochę się mamy bałam. Nie tak powinno być.
Byłam małą, niepewną dziewczynką, która usilnie starała się udowodnić swoją wartość pracując więcej i więcej. Nagle dotarło do mnie coś jeszcze. Nikt mnie nie skrzywdził celowo. Moja mama też była pod presją. Uważała, że oceny uczniów i ich wiedza świadczą o nauczycielu. Wymagała, bo wysoka zdawalność na egzaminie z jej przedmiotu świadczyła o jej kompetencjach, nie tylko o zdolnościach jej uczniów. Bo inni mogliby powiedzieć, że wymaga od ich dzieci, a swojemu dziecku daje fory. Nie dawała.
Jeśli ktoś z czytających też żyje pod ciężarem cudzych opinii, chcę powiedzieć jedno. Twoja wartość nie zależy od ocen. Samoakceptacja zaczyna się od pytania: Czy chcesz być sobą? Spełniać swoje, a nie tylko cudze oczekiwania? Porównywać się trzeba wyłącznie ze sobą, żeby być coraz lepszą wersją siebie. Ale dla siebie, a nie ze strachu przed oceną. Twoja wartość nie zależy od stopni, ani od aprobaty. Życie bez strachu przed oceną jest możliwe. Trzeba tylko odłożyć cudzy długopis i zacząć pisać własnym. Ja zaczynam.
nadesłała: Agnieszka
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.








