Małe rytuały to wielkie zmiany. Dzięki nim nauczyłam się uwalniać emocje – Katrina
dodał: Iwona Marczewska
Katrina, jak wiele osób, miała problem z nieuporządkowanymi emocjami. Chaos, jaki potrafią wprowadzić do naszego świata to niezwykle niszcząca siła. Zapanowanie nad nim przywraca spokój i dobre relacje. Jak tego dokonać? Nasza bohaterka dzieli się sprawdzonymi przez siebie sposobami.
Przez wiele lat wydawało mi się, że radzenie sobie z emocjami powinno wyglądać w określony sposób. Kiedy byłam smutna, próbowałam się rozweselić, rozproszyć złe myśli, odwrócić od nich uwagę. Kiedy byłam zestresowana, starałam się po prostu coś robić. Najlepiej zacisnąć zęby i przetrwać. Gdy coś mnie zraniło, mówiłam sobie, że inni mają większe problemy i sobie radzą, bo muszą. I ja też muszę.
Problem polegał na tym, że emocje nie znikały. Odkładały się gdzieś głęboko we mnie i wracały w najmniej oczekiwanych momentach. Czasem budziłam się zmęczona mimo przespanej nocy. Innym razem byłam rozdrażniona bez wyraźnego powodu. Coraz częściej miałam wrażenie, że żyję jak pod napięciem. Jakbym była podłączona do kontaktu, który mnie zasila, ale i elektryzuje, aż wszystko wokół trzaska.
Nie muszę tłumaczyć, jaki to miało wpływ na moje życie osobiste, zwłaszcza rodzinne. Brakowało mi cierpliwości do dzieci. Dąsałam się na męża, a on schodził mi z drogi. Wolał mnie unikać, żeby nie doświadczać mojego rozdrażnienia.
Jak coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie
Pewnego wieczoru, po szczególnie trudnym dniu usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i zaczęłam zapisywać na kartce wszystko, co kłębiło mi się w głowie. Nie zastanawiałam się nad stylem ani poprawnością. Pisałam szybko, może i chaotycznie, ale szczerze. Po zapisaniu całej kartki poczułam dziwną lekkość. Następnego dnia zrobiłam to ponownie.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie narodził się mój pierwszy osobisty rytuał. List, którego nikt nie przeczyta. Dziś nazywam go listem uwolnienia. Kiedy za dnia czuję silne emocje, wieczorem siadam z zeszytem i zapisuję wszystko, co przeżywam. Nie filtruję myśli, nie próbuję ubrać ich w lepsze słowa. Piszę to tak, jak ze mnie wychodzi. Bez upiększania. Pozwalam sobie na złość, żal, rozczarowanie i lęk. Nie analizuję, o czym napisać najpierw i ile linijek czemu poświęcić. Nawet litery stawiam niestarannie. Niekiedy chyba nawet ja nie rozczytałabym się po sobie.

Najważniejsza zasada brzmi: nikt nigdy tego nie przeczyta. Po zapisaniu kilku stron zamykam zeszyt lub niszczę kartkę. Nie chodzi o stworzenie pamiątki. Chodzi o uwolnienie negatywnych emocji z głowy i przeniesienie ich na papier.
Z czasem zauważyłam, że emocje stają się mniej przytłaczające, kiedy zamykam je w konkretnych słowach. Wtedy, kiedy nazywam je i opisuję. To, co wcześniej wydawało się ogromnym chaosem, zaczyna przybierać określony kształt. Przestaję walczyć z uczuciami i zaczynam je rozumieć.
Ten rytuał nauczył mnie ważnej, bardzo ważnej rzeczy – emocje nie są wrogami. Są informacją o tym, czego potrzebuję lub co wymaga mojej uwagi. Wcześniej wydawało mi się, że negatywne emocje są wyłącznie objawem czegoś złego. Trzeba je zdusić, stłamsić, unicestwić, a nie wypuszczać na wolność. Nie traktowałam ich jak nośnika informacji. Były dla mnie jedynie konsekwencją złych wydarzeń, sytuacji, problemów i uczuć. To się zmieniło. Nazwane emocje przestają tworzyć napięcie. Zapisane otwierają zawór, przez który mogę upuścić z siebie ciśnienie.
Słoik odwagi
Kilka miesięcy temu postawiłam na półce duży szklany słoik. Za każdym razem, gdy zrobiłam coś trudnego lub odważnego, wrzucałam do niego małą karteczkę. Czasem były to naprawdę drobne rzeczy jak trudna rozmowa albo wysłanie ważnej i odkładanej wiadomości. Odmówienie czegoś, na co nie miałam ochoty. Nie pamiętam nawet, skąd wzięłam ten pomysł. Na początku wydawało mi się to trochę dziecinne. Nie bardzo widziałam w tym sens. Było mi też głupio przed mężem, który zapytał, co to jest. Skłamałam, że koleżance poradził tak terapeuta i że to pozwala zapanować nad stresem. Przyjął to do wiadomości komentując, że popiera wszystko, co może pomóc. W końcu był chyba największą ofiarą mojego nieradzenia sobie ze stresem. Poza mną, rzecz jasna.
Po kilku miesiącach otworzyłam słoik i przeczytałam wszystkie zapisane kartki. Byłam zaskoczona. Na co dzień pamiętałam głównie swoje błędy i porażki. Przetwarzałam je w kółko i użalałam się nad sobą. Tymczasem przede mną leżały dziesiątki dowodów na to, że wielokrotnie wykazywałam się odwagą. Niektóre sytuacje niemal całkowicie wyleciały mi z pamięci.
Ten rytuał pomógł mi zmienić sposób myślenia o sobie. Zamiast skupiać się na tym, czego jeszcze nie potrafię, zaczęłam dostrzegać własny rozwój. Dzięki temu wzrosło moje poczucie własnej wartości i pewność siebie.
Dziś wiem, że skuteczność tych rytuałów nie wynika z jakiegoś samooszukiwania się. To nie magiczne sztuczki. Opiera się na czymś znacznie prostszym. Każdy z nich zatrzymuje mnie na chwilę i pozwala świadomie przeżyć to, co czuję. Zamiast uciekać od emocji, uczę się je zauważać, nazywać i akceptować. W świecie pełnym pośpiechu takie momenty stają się niezwykle cenne.
Moje rytuały oczyszczające i budujące nie rozwiązały wszystkich problemów. Nie sprawiły, że przestałam się stresować albo że nigdy nie odczuwam smutku. Dały mi jednak coś ważniejszego. Pomogły mi zbudować bliższą relację z samą sobą. Dzięki nim wiem, że nawet w najtrudniejszych chwilach mogę znaleźć sposób, by odzyskać równowagę. Czasem wystarczy kartka papieru, spokojny spacer albo mały słoik stojący na półce, aby przypomnieć sobie, jak wiele siły noszę w sobie każdego dnia.
I Wam również życzę, abyście były silne. I znalazły swoje małe pomocne rytuały. Nawet takie, które innym wydadzą się głupie. Jeśli coś pomaga, to warto to praktykować. Wszystkiego dobrego!
nadesłała: Katrina
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.




