Ważyłam 130 kg i bałam się własnego życia. To moja historia walki z otyłością – Amelia
dodał: Iwona Marczewska
Szukając ukojenia nie zawsze od razu trafiamy na skuteczne rozwiązania naszych problemów. Czasami potrzebujemy szybkiej ulgi. Amelka przeoczyła moment, w którym mierząc się z życiowymi trudnościami straciła kontrolę nad pocieszaniem się jedzeniem. Najważniejsze jednak, że udało jej się dostrzec, w jakim kierunku zmierza i świadomie skorygować tor. Gratulujemy i trzymamy kciuki.
Zawsze mówię, że to nie zaczęło się od jedzenia. To było coś głębiej, jakiś strach we mnie. Taki strach przed odpowiedzialnością, dorosłością, życiem. I samotność.
Przez długi czas powtarzałam sobie, że to tylko nadwaga, z której łatwo wyjść. Wydawało mi się, że kiedyś się ogarnę i że wystarczy lepiej zorganizować dzień. Zacznę ćwiczyć, zdrowiej jeść, jak tylko będę chciała. Dziś wiem, że to było zaklinanie rzeczywistości, bo moja otyłość rosła razem z moim lękiem i wstydem. A potem jeszcze z narastającym wraz z nią poczuciem bezsilności. Mam trzydzieści sześć lat i jeszcze niedawno ważyłam prawie 130 kilogramów. Każdy dzień zaczynał się od zmęczenia i kończył poczuciem porażki. Nie przytyłam nagle, bo to proces, który trwał latami. Trochę niezauważalnie, a trochę jednak świadomie tyłam, tylko po prostu nie chciałam tego do siebie dopuścić.
Jedzenie stało się ucieczką
Wszystko zaczęło się po studiach, kiedy dostałam pierwszą poważną pracę. Siedzącą i stresującą. Cieszyłam się, że ją mam, ale wracałam do domu wykończona psychicznie. Zamiast odpoczywać, jakoś się odstresować, zaczęłam szukać ulgi w jedzeniu. Najpierw były słodkie przekąski wieczorem. Potem coraz większe porcje, aż w końcu jedzenie stało się moim sposobem radzenia sobie z emocjami. Zajadałam stres, samotność i frustrację, a każda trudna sytuacja kończyła się czymś słodkim.
Z czasem przestałam kontrolować ilość jedzenia, a jednocześnie zaczęłam kontrolować wszystko inne, żeby ukryć problem. Unikałam luster, zdjęć i spotkań ze znajomymi, bo czułam, że wszyscy widzą tylko moje ciało. Kupowałam większe ubrania, choć coraz trudniej było mi znaleźć coś fajnego dla siebie. W pracy stałam się bardziej zamknięta, mniej pewna siebie i coraz częściej rezygnowałam z zabierania głosu. Moja tusza wpływała na każdy aspekt życia, a ja czułam, że tracę siebie kawałek po kawałku.
Otyłość i jej konsekwencje
Moje ciało zaczęło zmieniać się coraz bardziej. Kiedyś brzuch tylko odstawał, a z czasem zaczął brzydko zwisać. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. Cera się pogorszyła, zaczęłam mieć wypryski. Okres przestał być regularny, co jakoś bardzo mi wtedy nie przeszkadzało. Na skórze pojawiły się rozstępy, które zauważyłam przypadkiem. Nie zwracałam szczególnej uwagi na ciało i pewnego dnia zaskoczył mnie ten widok. Nieestetyczne pręgi na piersiach i biodrach zwróciły moją uwagę. Pomyślałam wtedy, że przecież i tak nikt poza mną tego nie widzi. Mimo to zrobiło mi się jakoś przykro. Następną zmianą, którą zauważyłam, były powstające na udach pajączki. Nie spodobało mi się to.
Zaczęłam zauważać, że mogę coraz mniej, za to pojawiają się nowe ograniczenia. Nie dosięgałam do sznurówek. Łapałam zadyszkę wchodząc na piętro. Ciężko mi było wygramolić się z samochodu, więc przyjeżdżałam wcześniej do pracy. No wiecie, żeby nikt nie widział. Kiedyś nie zmieściłam się na krześle z podłokietnikami. Zawstydzona przyniosłam na salę inne. Takich krępujących sytuacji z czasem było więcej.
Najtrudniejsze było to, co działo się w mojej głowie, bo fizyczny ciężar był tylko częścią problemu. Każde spojrzenie interpretowałam jako ocenę. Czułam wstyd, ale też ogromną złość na siebie. Wyrzucałam sobie, że doprowadziłam się do takiego stanu, a jednocześnie nie potrafiłam przestać się objadać. To błędne koło było wyczerpujące i coraz bardziej mnie zamykało. Czułam się winna, słaba i bezwartościowa.
Początek leczenia
Do lekarza poszłam dopiero wtedy, kiedy codzienne spadki energii zaczęły dezorganizować mi życie. Po jedzeniu odpływałam. Robiłam się znużona, senna i zasypiałam nawet na siedząco. Myślałam, że to przemęczenie, ale budziłam się tak samo zmęczona, jak zasypiałam.
Najpierw poszłam do lekarza rodzinnego, który zaproponował pakiet badań profilaktycznych. Wyniki nie były dobre. Przestraszyłam się, gdy usłyszałam, że jestem o krok od poważnych problemów zdrowotnych. Cukrzyca i nadciśnienie na start. Zaawansowana insulinooporność. To nie był już temat wyglądu, tylko realnego zagrożenia życia. Wróciłam wtedy do domu i pierwszy raz nie sięgnęłam po jedzenie, tylko usiadłam w ciszy i zaczęłam płakać. To był moment, w którym zrozumiałam, że jeśli nic nie zmienię, to za kilka lat mogę nie mieć już wyboru.
Małe kroki, wielka zmiana
Na początku próbowałam wszystkiego, co obiecywało szybkie efekty. Byłam przestraszona, chciałam natychmiastowej zmiany. Kupowałam w ciemno jakieś suplementy, po których czułam się źle. Próbowałam radykalnie ciąć kalorie, co kończyło się wielkim żarciem. Chciałam też zacząć ćwiczyć, ale szybko zniechęciło mnie to, że większości ćwiczeń zwyczajnie nie byłam w stanie wykonać. Odpadałam na etapie rozgrzewki. Byłam tym całym odchudzaniem jeszcze bardziej sfrustrowana. Najpóźniej po kilku dniach wracałam do wszystkich złych nawyków. Zasiadałam na kanapie i zajadałam porażkę.
Prawdziwa zmiana zaczęła się od czegoś bardzo prostego, czyli spacerów. Bez presji, bez planu i bez oczekiwań. Zaczęłam wychodzić z domu i ruszać się nie przekraczając granicy dyskomfortu. Odkryłam, że pobliski park jest przepięknym miejscem. Po raz pierwszy od kilkunastu lat pojechałam za miasto i poszłam do lasu. To okazało się bardziej relaksujące niż scrollowanie z jedną ręką na smartfonie, a drugą w paczce chipsów.
Zdecydowałam się na pomoc diabetologa i dietetyczki. Powiedziałam wprost, że nie jestem w stanie wprowadzić wielkich zmian od zaraz. Byłam pewna, że po tym wyznaniu zamkną się przede mną drzwi gabinetów. Tak się jednak nie stało.
Waga zaczęła spadać powoli, ale cieszył każdy kilogram, a ja zaczęłam odzyskiwać kontrolę nad swoim życiem. Największa zmiana zaszła jednak w mojej psychice, bo zaczęłam brać za siebie odpowiedzialność. Zmiany w diecie były wprowadzane stopniowo. Tak samo nowe aktywności, jak rower i gimnastyka. Znalazłam na YouTube zestawy ćwiczeń dla osób z dużą wagą, które były dla mnie możliwe do wykonania. Teraz przełamałam wstyd i zaczynam ćwiczyć z trenerem. Mijają dwa lata, a ja pozbyłam się 38 kilogramów. To nie dla każdego jest spektakularny efekt, ale dla mnie to największa wygrana w życiu. Dziś nadal jestem w procesie, ale czuję, że to ja prowadzę swoje życie. I choć droga jest długa, to pierwszy raz od lat czuję, że idę w dobrym kierunku.
nadesłała: Amelia
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.





