Nikt o tym nie mówi wprost. Kobiece kompleksy, które niszczą pewność siebie
dodał: Iwona Marczewska
Nasza Czytelniczka przez całe życie zmagała się z kompleksami. Teraz jest na drodze do uzdrowienia. Przypadek sprawił, że odkryła jedną z najpiękniejszych wartości – kobiecą solidarność. Bo żadna z nas nie musi walczyć w samotności.
Kompleksy pojawiły się w moim życiu wcześnie, bo już w dzieciństwie. Najpierw dotyczyły wyglądu, potem głosu, a jeszcze później umiejętności. Z czasem zaczęły obejmować wszystko, każdą płaszczyznę mojego życia. Bałam się mówić głośno. Bałam się zajmować miejsce z przodu. Bałam się skupiać na sobie uwagę. Chyba bałam się wszystkiego, a najbardziej opinii innych. Przeszłam naprawdę długą drogę, żeby zacząć budować poczucie własnej wartości. Chcę się tym podzielić, bo może ktoś, tak jak ja kiedyś, czuje się z tym całkiem sam.

To się zaczęło w dzieciństwie
W szkole byłam cichą dziewczyną. Stałam zawsze z boku. Lekko sepleniłam i trochę się ze mnie śmiali, że mam krzywą buzię i niewyraźnie mówię. We wczesnym dzieciństwie miałam zoperowaną zajęczą wargę, co pozostawiło widoczną bliznę. Oczywiście od najmłodszych lat byłam pod opieką logopedy, dzięki czemu dziś mówię całkiem dobrze. Niestety wśród rówieśników często zdarzały się sytuacje, które powodowały moje wycofanie. Budowałam twierdzę, która miała chronić przed wstydem. Pamiętam na przykład małą szkolną salę w szkole podstawowej. Zielone ściany i charakterystyczny zapach kredy. Stałam na środku, przy tablicy. Miałam wtedy jakieś osiem lat. Trzymałam w ręku kartkę, z której musiałam przed wszystkimi czytać tekst na szkolną akademię. Głos mi drżał, a litery zaczęły się rozmazywać. Ktoś się zaśmiał. Usłyszałam komentarz, że się ślinię. Zaśmiali się wszyscy. Płonęłam ze wstydu.
Jako nastolatka zaczęłam się dopasowywać. Starałam się robić to, co inni, tak jak inni. Chciałam się wtopić w otoczenie, przestać być widoczna. I tak mi już zostało. Kompleksy rosły razem ze mną, a w dorosłym życiu nie było lepiej. Pracowałam solidnie, choć wątpiłam w swoje umiejętności. Nikt nie miał do mojej pracy zastrzeżeń, ale też nikt mnie nie zauważał. Zgadzałam się na więcej. Mówiłam mniej. W relacjach było podobnie. Taką cichą osobą można się łatwo wysługiwać.
Kompleksy były jak fosa, która osłania mury, za którymi chronię całą swoją wrażliwość. Raczej nie zdarzało się, żebym opuściła zwodzony most i pozwoliła komuś przejść do środka. Brakowało mi bliskości, ale te kilka przypadków, gdy się przed kimś otworzyłam, to były złe historie. Tak łatwo było mnie zranić…
Dziś już wiem, że takie ukrywanie się sprawia, że nie budujemy wystarczającej odporności emocjonalnej. A to właśnie ona pozwala nam mierzyć się ze światem, w którym ze strony innych spotyka nas dobro i zło. W moim życiu wiele zmienił przypadek.
Nie ja jedna tak mam
Pewnego dnia wpadłam na szybką kawę do pracowniczej kuchni. Unikałam godzin, kiedy zbiera się w niej tłumek. Niespecjalnie integrowałam się z osobami, z którymi ściśle nie współpracowałam.
Zastałam w pomieszczeniu dziewczynę z innego działu. Była odwrócona w stronę ekspresu i widać było, że płacze, choć stara się to robić bezgłośnie. Miała pochyloną głowę, a jej ramionami wstrząsał cichy, urywany oddech. Właściwie chciałam wyjść, nie zabierać jej prywatności. Mimo to podeszłam do niej i zapytałam, czy coś się stało. Głupie pytanie, przecież musiało się stać, skoro płacze. Nie jestem mistrzynią konwersacji, ale w tej chwili okazało się to niepotrzebne. Dziewczyna popatrzyła na mnie, trysnęły łzy i usłyszałam: Jestem taka do niczego.
W głowie miałam pustkę, żadnej mądrej odpowiedzi. Bez zastanowienia rzuciłam: To witaj w klubie. Jej oczy się rozszerzyły i powiedziała: No co ty. A ja myślałam, że tylko ja tak mam. Wytarła twarz, złapała kawę i wybiegła. Zaczęłam się zastanawiać, czy powiedziałam za dużo, czy za mało. Kilka dni później zaczepiła mnie i zapytała, czy mam chwilę, żeby pogadać. Zanim zdążyłam odmówić przedstawiła się i podziękowała za to, że pomogłam się jej wtedy ogarnąć. Ja? Pomogłam? Nic przecież nie zrobiłam. Usiadłyśmy w kuchni i Magda zaczęła opowiadać o tym, jak czyjś paskudny komentarz doprowadził ją do łez. I nasza rozmowa jakoś tak potoczyła się w stronę kompleksów.
W tym momencie do kuchni weszły dwie dziewczyny z mojego działu. Popatrzyły po sobie i zapytały o czym plotkujemy. O tym, że czujemy się do niczego – szybko rzuciła Magda. I w tym momencie stało się coś, czego się nie spodziewałam. Obie dziewczyny dosiadły się do nas i kazały dopisać się do listy.
Alicja wzięła głęboki oddech i jako pierwsza zaczęła mówić o swoich kompleksach. Ostrożnie, ale coraz śmielej. Byłam zaskoczona. Potem odważyła się Anka. Zawsze wydawały mi się tak pewne siebie. Ala dobrze ubrana, „zrobiona” u kosmetyczki i z przekonaniem o własnej nieatrakcyjności? A ona czuła, że wygląda dobrze tylko na Instagramie i że wszyscy wokół oceniają jej wygląd. Skupiała się wyłącznie na niedoskonałościach i na tuszowaniu ich. Ania elokwentna, lecz przekonana o tym, że wygadaniem przykrywa niedostatek wiedzy i umiejętności. Mówiąca szybko i dużo w obawie, że ktoś zada jej pytanie obnażające jak niewiele wie. I z tymi kompleksami one przychodzą każdego dnia do pracy. Z tymi kompleksami wychodzą, zasypiają i budzą się. I tak jak mną, rządzi nimi strach, że zostaną ocenione. Przekonane, że ktoś patrzy na nie przez pryzmat tych najsłabszych stron, wyimaginowanych niedostatków.
Takie przekonania nie biorą się znikąd. Okazało się, że każda z nas nosi coś ciężkiego, coś niewidocznego. Zaczęłyśmy spotykać się po pracy. Rozmawiałyśmy o tym, co nas boli. O zdaniach, które zapamiętałyśmy z dzieciństwa. O porównaniach i ciężarze presji. Stałyśmy się dla siebie jak mała grupa wsparcia. Cztery kobiety, cztery historie, jedno poczucie ulgi. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo kompleksy izolują. Jak skutecznie wmawiają, że jesteśmy same. Jak zatrzymują nas w szklanej kuli wstydu.
Przypadkowy incydent sprawił, że zyskałam nowe przyjaciółki. Spontaniczne zwierzenie spowodowało, że stałyśmy się sobie bardzo bliskie. Wspieramy się wzajemnie, a to sprawia, że stajemy się bardziej odważne, bardziej pewne siebie. Ufamy sobie, bo każda z nas tak samo obnażyła przed innymi najczulsze z miejsc. Otwieramy sobie oczy na to, że inni widzą nas trochę inaczej, niż my same siebie. Uzdrawiamy przeszłość, wyzwalając się z przekonań noszonych latami, narzuconych przez strach. Na koniec chcę Wam powiedzieć jedno i pamiętajcie o tym – czasami lustro to za mało, żeby się dowiedzieć, jak widzą nas inni.
nadesłała: Asia (imiona zmienione)
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.






