Życie mnie złamało, ale teraz jestem silniejsza. Podniosłam się po stracie, która zabrała mi wszystko

20 lutego 2026,
dodał: Iwona Marczewska

Marlena przeszła przez bardzo ciężkie chwile w swoim życiu. Jednak coś, co mogło ją pokonać, pozwoliło też doświadczyć siły, której źródłem są miłość i rodzina. Poznajcie jej historię.

Chwila, w której świat się zatrzymał

Ten dzień miał być zwyczajny. Szykowałam się do pracy, robiłam dzieciom kanapki do szkoły, od czasu do czasu pociągałam łyk kawy. Wyciągając z lodówki rzeczy myślałam o liście zakupów. Telefon zadzwonił nagle, a ja odebrałam zaskoczona, że ktoś dzwoni tak wcześnie. Po drugiej stronie usłyszałam obcy głos i nazwisko mojego męża. Potem padły słowa, które rozsypały mój świat w sekundę.

Wypadek. Szpital. Stan krytyczny. Nie pamiętam drogi do szpitala ani rozmów po drodze. Pewnie dzwoniłam do mamy, żeby przyszła do dzieci. Pamiętam zimne światło korytarza. Obojętnie mijający mnie personel. Lekarz mówił długo, ale sens dotarł później. Mój mąż miał poważny wypadek i jest w stanie krytycznym. Ma uraz głowy, wprowadzono go w śpiączkę farmakologiczną. Szanse niewielkie.

Byliśmy bardzo szczęśliwi

Z Andrzejem poznałam się w szkole średniej. Po maturze zamieszkaliśmy razem. On poszedł od razu do pracy, ja rozpoczęłam studia. Przerwałam je, gdy zaszłam w ciążę. I tak chcieliśmy być razem, więc wzięliśmy ślub i wszystko było właśnie tak, jak być powinno. Po czterech latach urodziła nam się druga córeczka. Andrzej miał własny mały biznes – przewozy zagraniczne. Z czasem zaczął zatrudniać kierowców i rozwijać firmę. Starał się, żeby jak najwięcej być w domu, ale bywało, że sam też jeździł w długie trasy.

Tym razem jechał prywatnym autem. Kiedy wiózł ludzi, nigdy nie pomijał obowiązkowych dla kierowcy przerw. Bezwzględnie wymagał od swoich pracowników stosowania się do przepisów. Limit godzin w trasie był nie po podważenia. Rozumiał, że bezpieczeństwo to priorytet. Najprawdopodobniej tego dnia uznał, że jeśli wiezie paczki, to nie zrobi przerwy i będzie szybciej w domu. Policjanci ustalający przyczyny wypadku powiedzieli, że zasnął za kółkiem. Ten jeden raz nagiął zasady… bo chciał być szybciej w domu.

Dzień, w którym straciłam grunt pod nogami

Dziewczynki bardzo przeżywały, że nie mogą zobaczyć się z tatą. Nie umiałam uspokoić sama siebie, co pewnie dodatkowo je przerażało. Moja mama rzuciła wszystko i zamieszkała z nami przez te dni. Pomagała też siostra Andrzeja. Naprawdę nie wiem, jak dałabym sobie radę z obowiązkami, gdyby nie one. Myślałam tylko o moim mężu, nie o tym, żeby zrobić coś do jedzenia czy zająć się domem.

Kilka dni później ordynator poinformował mnie o śmierci Andrzeja. Nie dało się zahamować obrzęku, który uciskał na pień mózgu. Stałam w gabinecie, patrzyłam na ścianę i czułam, jakby ktoś wyłączył dźwięk świata.

Czas żałoby

Pierwsze dni po śmierci męża zlały się w jedną, długą noc. Funkcjonowałam automatycznie. Zostałam sama z dwójką dzieci. Życie, które znałam, przestało istnieć.

Teściowie organizowali pogrzeb. Odbierałam telefony, podpisywałam dokumenty i byłam przy tym milcząco opanowana. Wszyscy mówili, że jestem dzielna. Nikt nie widział, jak nocami nie mogłam oddychać.

Najtrudniejsze były poranki. Budziłam się i przez krótką chwilę chciałam wierzyć, że to tylko nocny koszmar. Potem wracała prawda i ściskała mnie w gardle. Puste miejsce obok mnie w łóżku… brak Andrzeja bolał fizycznie.

Rodzina jest najważniejsza

Rodzina była blisko. Nie potrafię wyrazić wdzięczności za to, że zrobili wszystko, żeby nie pozwolić mi i dzieciom zatonąć w cierpieniu. Poczułam, że każde z nas straciło kogoś bliskiego i w tym przeżywaniu bólu jesteśmy razem. Utracono syna, brata, męża i ojca. Czułam tę ogromną wyrwę, którą próbujemy zasklepić, będąc w tym czasie blisko siebie.

Powrót do życia

Przez długi czas nie pozwalałam sobie na emocje, żeby nie przytłaczać dzieci. Zaczęłam skupiać się na codziennych obowiązkach, bo ruch ratował mnie przed myśleniem. Trzeba było wrócić do pracy. Unikałam rozmów, wspomnień i miejsc, które przypominały mi o przeszłym życiu. Myślałam, że tak będzie łatwiej.

Zaczęłam mieć problemy ze snem i koncentracją. Byłam rozdrażniona i zmęczona. Minęło kilka miesięcy, a ja nadal byłam przybita. Wstydziłam się swojego stanu, bo wydawało mi się, że największa żałoba powinna już minąć. Przecież mam dzieci, które nie mogą dorastać bez mojego uśmiechu. Trzeba zmienić atmosferę w domu. Trzeba pokazać im, że wciąż można żyć i że to życie będzie kiedyś znowu piękne. Dla nich. A ja zwlekam za długo i pielęgnuję swój smutek na ich oczach. Obwiniałam się, bo nie wiedziałam, że proces zdrowienia nie ma harmonogramu.

Pewnego dnia rozpłakałam się w sklepie, biorąc do ręki ulubiony jogurt męża. Po miesiącach opanowania rozpłakałam się przy ludziach. Zrozumiałam wtedy, że nie da się uciec przed bólem. Że muszę go przeżyć, żeby móc iść dalej.

Zdecydowałam się na terapię, choć długo się wahałam. Bałam się rozdrapywać rany. Tymczasem rozmowy z terapeutą zaczęły mnie porządkować. Nauczyłam się nazywać emocje i pozwalać sobie na słabość. To paradoksalnie zaczęło budować moją siłę. Poszłam na terapię głównie po to, żeby doprowadzić się do stanu, w którym mogę pomóc własnym dzieciom. Okazały się silniejsze niż ja, ale wciąż bardzo mnie potrzebowały. Dla nich musiałam wrócić. I wróciłam.

Jestem mocniejsza

Dziś wiem, że życie mnie złamało, ale też na przekór wszystkiemu wzmocniło. Przeszłam przez doświadczenie, które wydawało się nie do uniesienia. Odkryłam w sobie siłę, której możliwości nie znałam. Tą siłą jest rodzina i miłość, która ją spaja, która czyni więzy rodzinne spoiwem ratującym życie.

Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że pogrążona w bólu nie jestem wystarczającym oparciem dla córek. Tymczasem dzięki jedności i obecności wszystkich najbliższych, udało się przejść przez żałobę w najbardziej bezpieczny i łagodny sposób. Obecność i opieka ze strony moich rodziców, teściów, rodzeństwa mojego i męża to najcenniejszy dar, jaki dało mi życie w chwili próby.

I teraz wiem, że właśnie tego chcę nauczyć moje córki. Właśnie tak chcę je wychować. W domu, w którym może brakuje ojca, ale nie brakuje miłości, bliskości, troski o innych. W którym Andrzej żyje w każdej osobie, która nosi go we wspomnieniach.

nadesłała: Marlena

 

Każda historia ma znaczenie.

Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.



Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.