Między sukcesem a szczęściem – wyznanie pracoholiczki

9 lutego 2026,
dodał: Iwona Marczewska

Czasami to, co naprawdę dla nas dobre, odkrywamy późno. Jedna z Czytelniczek postanowiła anonimowo podzielić się z nami swoją poruszającą historią. Życzymy Autorce szczęśliwego zakończenia, a Was zachęcamy do zagłębienia się w opowieść, która niesie ze sobą refleksję.

Piszę to po latach biegu bez zatrzymania. Jestem przedstawicielką tego pokolenia, które mylnie uważało, że sukces, zwłaszcza zawodowy, jest miernikiem wartości. I przez długi czas myślałam, że tak ma wyglądać dorosłość.

Praca była dla mnie w centrum wszystkiego. Dawała cel i dawała sens. Równowaga między karierą a życiem prywatnym nie istniała. Odkładałam tyle spraw na później… Wierzyłam, że jeszcze zdążę. Ta historia jest o granicy wypalenia zawodowego. O tym kołowrotku millenialsów i drodze do balansu, jedynej filozofii szczęśliwego życia.

Ambitne początki

Zaczynałam swoją karierę z entuzjazmem i energią. Byłam pracowita, zdeterminowana, wściekle ambitna. Nie pozwalałam sobie na słabości. Kończąc studia mogłam poszczycić się pierwszymi osiągnięciami, m.in. prestiżowymi stypendiami. Otrzymałam też świetne referencje wystawione przez firmę, w której wdrożyłam innowacyjny system audytów. Moją specjalizacją są systemy zarządzania i kontrolingu. Pomagam tworzyć je w oparciu o metody optymalizacji procesów wewnętrznych. Jestem dumna ze swoich osiągnięć. Kosztowały mnie wiele wysiłku, morderczej pracy i wyrzeczeń.

Natychmiast po studiach dostałam oferty, o jakich marzył każdy absolwent. Zatrudniłam się w dużej firmie konsultingowej. W tej branży bardzo liczy się to, co potrafisz. Możesz dostać pierwszą pracę po znajomości, ale zleceniodawcy szybko zweryfikują twoje umiejętności. Nie bałam się tej presji i lubiłam wyzwania. Projekty były wymagające i prestiżowe. Dni zaczynały się wcześnie, a kończyły bardzo późno. Spotkania, terminy, konsultacje. Telefony dzwoniły także wieczorami, w dni wolne, a laptop był zawsze w pobliżu. Nauczyłam się jeść w biegu. Tak, spałam coraz mniej i coraz gorzej. Ale czy nie było warto? Rozwijałam się w szalonym tempie. Sięgałam coraz wyżej, zarabiałam coraz lepiej, osiągałam coraz więcej.

Sukces goni sukces

Moja ambicja pozwalała mi pokonywać kolejne etapy na drodze do kariery. Wytrwale dążyłam do każdego celu, jaki założyłam i lubiłam podnosić poprzeczkę. Uważam, że to dobra cecha. Potrzebna. Rozbiłam głową niejeden szklany sufit. Samodyscyplina pozwalała mi panować nad zmęczeniem i nie dopuszczać do siebie zwątpienia.

Powinnam wstydzić się tych słów, ale… czułam się lepsza od tych kobiet, które wybrały zabawę w dom. Tak to wtedy nazywałam. Nie chciałam, żeby mój świat kończył się na pieluchach i gotowaniu dwudaniowych obiadków. Gdy teraz o tym pomyślę, to zdaję sobie sprawę z własnego zaślepienia. Przecież nawet by mnie tu nie było, gdyby czterdzieści lat temu moja mama nie zajęła się „pieluchami”.

Moje życie naprawdę dawało mi satysfakcję. Ciągle coś się działo. Analizy, badania, wdrożenia, doskonalenie. Widząc problemy do rozwiązania nie ustawałam w wysiłkach, aby je skutecznie rozwiązać. Widząc efekty swojej pracy czułam, że robię coś wartościowego. I byłam za to doceniana. Pod tym kątem także czułam się lepsza od innych. Bo przecież nikt nie docenia cichej, żmudnej pracy przy sprzątaniu domu i wychowywaniu dzieci. A mi bito brawa na podsumowaniach rocznych, bo przynosiłam firmie zyski i renomę.

Gdy praca zaczęła pożerać

Moje życie było tak intensywne, że po pracy padałam jak kłoda. Nie miałam siły ani czasu na to, żeby poczuć choć przez chwilę, że czegoś w nim brak. Ignorowałam sygnały ciała i zmęczenie. Tłumaczyłam je wiekiem, bo przecież rozumiałam, że przekraczając czterdziestkę nie utrzymam tempa dwudziestolatki. Bliskich relacji nie miałam. Chyba nawet nikt nie był mną zainteresowany w ten sposób. Może mężczyźni naprawdę boją się silnych kobiet.

Pracowałam akurat nad wyjątkowo wymagającym projektem. Pierwsze próby wdrożenia nowego systemu w przedsiębiorstwie okazały się fiaskiem, a ja nie uznawałam porażki. Drążyłam, aż znalazłam przyczynę początkowego niepowodzenia. To był bardzo absorbujący proces. Jestem odporna na stresory, ale ten projekt mnie wyczerpał. Poświęciłam mu dużo więcej czasu niż innym. Z ulgą odtrąbiłam sukces. I wtedy dostałam zawału.

Moment zatrzymania

Najpierw poczułam ucisk w okolicy żołądka. Wydawało mi się, że to niestrawność. W końcu często jadłam w biegu. Pieczenie nie ustawało, poczułam uderzenie gorąca. A potem pojawiły się duszności. Ktoś w pobliżu zareagował i wezwano karetkę. Zabrano mnie na SOR z podejrzeniem zawału mięśnia sercowego.

Diagnoza się potwierdziła. To był dla mnie szok. Myślałam, że ataku serca dostają otyli mężczyźni nad kieliszkiem koniaku, nie wiem, palacze, nerwicowcy. Ale ja? Kobieta sukcesu? Osoba, której wszystko się układało? Szczupła, odporna na stres?

Spędziłam w szpitalu tydzień. Opuściłam go z zaleceniami radykalnych zmian w obszarze diety, aktywności i stylu życia. Lekarz zdziwił się, że nikt po mnie nie przyjechał. Dostałam miesiąc zwolnienia. To było dla mnie za dużo, a kierownictwo wymusiło na mnie jeszcze wykorzystanie zaległego urlopu. Co ja miałam przez tyle czasu robić?

Mój szef zaproponował spotkanie z terapeutą. Nie rozumiałam po co. Obiecał, że mi to wyjaśni, ale to rozmowa w cztery oczy. Przyjechał do mojego mieszkania. Przy filiżance zielonej herbaty opowiedział mi historię swojego życia. Dwa zawały, odejście żony, utracony kontakt z dziećmi i… wypalenie zawodowe, do którego doprowadził niepohamowany pracoholizm. Wysłuchałam go z niekrytym zdumieniem. W moich oczach był człowiekiem sukcesu. Kimś, kto zbudował firmę od podstaw i potrafił utrzymać ją na wymagającym i dynamicznym rynku. Na koniec poprosił mnie, żebym nie popełniała jego błędów i zostawił wizytówkę do terapeutki.

Odbudowa równowagi

Skorzystałam z tej terapii. Nie tak od razu i nie do końca chętnie. Po prostu zaczęły się ze mną dziać dziwne rzeczy. To chyba syndrom odstawienia pracy. Zmuszona do rezygnacji z życia zawodowego – na najdłuższym urlopie w swoim życiu – nie umiałam znaleźć sobie miejsca. Myślałam, że tracę zmysły zamknięta w czterech ścianach. Po raz pierwszy poczułam niekontrolowany stres. Wystraszyłam się. Szukając ratunku zadzwoniłam do psycholożki. To była dobra decyzja.

Terapia odsłoniła przede mną kurtynę, za którą był inny świat. Te wszystkie mechanizmy dążenia do sukcesu miały rekompensować mi różne emocjonalne braki. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Myliłam wartość z produktywnością. Myliłam odpoczynek z lenistwem. Zrozumiałam, jak bardzo zaniedbałam siebie. Nie sądziłam, że pracoholizm też może prowadzić do wypalenia zawodowego, bo ta fasada musi kiedyś runąć.

Na terapii uczyłam się nazywać emocje. Balans pomiędzy pracą, a życiem poza nią nie był teorią. Był koniecznością. Zaczęłam od małych kroków. Spacery, regularne jedzenie, sen, wyciszanie telefonu. Uwierz, to było trudniejsze niż projekty.

Musiałam przewartościować swoje życie. Zrozumiałam, że równowaga to proces. Dziś pracuję nadal intensywnie, ale inaczej. Słucham ciała i własnych emocji. Reaguję wcześniej. Wiem, że praca nie jest całym życiem. Jest jego częścią. I wiesz co? Okazało się, że moi koledzy i koleżanki spotykają się regularnie po pracy. Że oni jakoś to łączą, mają związki, mają rodziny. Kiedy wróciłam do firmy i zauważyli, że już się tak nie spinam, że potrafię z nimi porozmawiać na luźne tematy, zaprosili mnie. Teraz wychodzimy regularnie. To jest moje pierwsze grono znajomych. Zaczynam budować z ludźmi inne relacje, pozazawodowe. Kontynuuję terapię. Wiem, że jestem na dobrej drodze.

nadesłane: Anonimowo

Każda historia ma znaczenie.

Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.



FORUM - bieżące dyskusje

Cienie do oczu
Rozświetlenie w wewnętrznych kącikach oczu to super efekt. :)
Zakazane imiona dla dzieci
Podobno najkrótsze imię w Polsce ma zaledwie jedną literę. Noszą je dwie Polki....
Poziom higieny w żłobkach
Dzieci uodparniały się też poprzez przebywanie poza domem, na zewnątrz, a teraz zamknięte, odizolowane....
Dzieci a Internet
Ciężko byłoby kontrolować co dziecko robi w sieci, zwłaszcza że Internet jest dziś miejscem...

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.