Latami wstydziłam się swojego ciała. Dziś piszę ten list z odwagą – historia Kasi
dodał: Iwona Marczewska
Przedstawiamy poruszającą historię Kasi, która przez wiele lat walczyła z kompleksami i wstydem związanym ze swoim wyglądem. Dorastała w przekonaniu, że zawsze jest „nie taka” – za mało, za dużo, zbyt przeciętna. Dziś, w wieku 35 lat, opowiada o swojej drodze do samoakceptacji i o tym, jak nauczyła się traktować siebie z łagodnością. Jej list to szczere, pełne emocji świadectwo tego, że zmiana jest możliwa w każdym wieku – wystarczy zacząć od jednego ciepłego zdania skierowanego do samej siebie.
Piszę ten list, bo jeszcze niedawno sama szukałam takich słów. Czytałam historie kobiet podobnych do mnie. Liczyłam, że znajdę w nich ulgę. Chciałam uwierzyć, że akceptacja siebie jest w ogóle możliwa. Przez większość swojego życia czułam wstyd związany z wyglądem. Zastanawiałam się, czy ten wstyd i kompleksy mogą kiedyś zniknąć. Dziś wiem, że tak i chcę opowiedzieć o swojej drodze do samoakceptacji.
Długo nie akceptowałam swojego wyglądu. Dorastałam w przekonaniu, że jestem niewystarczająca. Za gruba. Za mało atrakcyjna. Zawsze „nie taka”. Słyszałam to w domu, jeszcze częściej w szkole, od rówieśników. Komentarze bolały, a ja zamykałam się w sobie.
To doświadczenie zniszczyło moją relację z samą sobą. Nauczyłam się krytykować siebie szybciej niż inni. Krytyka wyglądu stała się moim wewnętrznym głosem. Z czasem brzmiał głośniej niż opinie innych. Dziś mam trzydzieści pięć lat i dopiero teraz uczę się akceptować swoje ciało.
Wstyd, który rósł razem ze mną
Pierwszy wstyd pamiętam z podstawówki. Usłyszałam, że mam za grube uda. Ktoś powiedział to głośno i przy wszystkich. Od tamtej chwili zaczęłam się ukrywać, a noszenie krótkich spodenek przestało być opcją ubioru. Najgorsze były lekcje wychowania fizycznego. Kompleksy stały się moją codziennością.
W liceum było tylko gorzej. Porównywałam się bez przerwy. Ciało innych dziewczyn wydawało się idealne, a moje zawsze było mniej atrakcyjne. Czułam się brzydsza, skupiałam wyłącznie na mankamentach. Krytyka wyglądu brzmiała w mojej głowie bez przerwy, nawet gdy nikt nic nie mówił. Unikałam zdjęć i spotkań, bo wstyd skutecznie mnie paraliżował. Myślałam, że akceptacja siebie jest dla wybranych, dla tych idealnych, że trzeba na nią zasłużyć. Próbowałam diet i ćwiczeń. Zawsze z tym samym skutkiem. Złość i rozczarowanie wracały szybciej niż motywacja. Samoakceptacja wydawała się abstrakcją.
Wstyd i kompleksy, które kształtowały moje życie
Kompleksy towarzyszyły mi każdego dnia. Starałam się trzymać wagę w ryzach, narzucać sobie dyscyplinę. Mimo restrykcyjnych diet ciągle miałam te kilka kilogramów za dużo. Oczywiście ja widziałam to inaczej. Wydawało mi się, że nie kilka, a kilkanaście. Nigdy nie widziałam zadowalającego efektu, bo każdą dietę prędzej czy później przerywałam. Skupiałam się na porażce, na tym, że nie osiągnęłam celu. Nie na tym, że udało się zrzucić trzy kilo, bo to za mało, tyle się nie liczy. To rzutowało na moje przyjaźnie, bo nie mogłam iść ze znajomymi popływać, poopalać się, pograć w siatkę. Rzutowało na moją pracę, bo krępowało mnie, kiedy trzeba było zabrać głos na spotkaniu. Wtedy oczy wszystkich kierowały się na mnie i zaczynałam czuć się źle. Jak na celowniku. Wydawało mi się, że wiem, co myślą o mnie inni. Miało też wpływ na moje związki, bo wydawało mi się, że facet wstydzi się pokazać mnie znajomym. A to przecież ja wymigiwałam się od takich spotkań.
Moment pęknięcia i pierwsza zmiana
Przełom przyszedł niespodziewanie. Chyba przelała się czara goryczy, bo pękłam w najmniej spodziewanym momencie. Stałam przed lustrem w sklepie i przymierzałam sukienkę na ważną uroczystość. W głowie słyszałam tylko krytykę. Poczułam narastającą złość. Dlaczego zamiast radości z zakupów czuję tylko dyskomfort? Dlaczego po raz kolejny szukam ubrania, które mnie zasłoni, zamaskuje? Dlaczego w tej sukience znów będę się chować na zdjęciu za innymi? Dlaczego nie wybieram czegoś, co chciałabym założyć? Znowu przymierzam coś, w czym czuję się bezpiecznie i nie zwracam na siebie uwagi.
Ten moment był dla mnie jak uderzenie. Zdałam sobie sprawę, ile lat straciłam. Ile ważnych chwil ominęłam przez kompleksy. Ile było takich sytuacji, kiedy starałam się nie rzucać w oczy, zamiast być między ludźmi. Tego dnia wyszłam ze sklepu bez sukienki, ale z pytaniem, które zmieniło wszystko. Dlaczego traktuję siebie tak okrutnie?
Akceptacja siebie jako codzienna praktyka
Zaczęłam dużo czytać o samoakceptacji i zdrowej relacji z wyglądem. Znalazłam kilka ciekawych podcastów. Po raz pierwszy nie szukałam diety. Szukałam zrozumienia siebie. Zapisałam się na terapię. Nie było łatwo znaleźć termin, ale już wiedziałam, że muszę.
Trafiłam na świetną panią psycholog, ale to nie jest tak, że ktoś mnie naprawił. To była powolna droga pełna potknięć i zwątpienia. To była moja praca, mój wysiłek i moja decyzja, ale przy wsparciu, którego potrzebowałam. Uczyłam się mówić do siebie łagodniej. Zastępowałam krytykę ciekawością. Zamiast oceniać, zaczęłam słuchać swojego ciała.
Akceptacja siebie nie przyszła nagle. To był proces, który trwa do dziś. Nie obudziłam się pewna siebie. Nauczyłam się widzieć ciało inaczej, jako część siebie, nie jak swojego wroga. Przestałam karać się za wygląd. Zaczęłam o siebie dbać, zamiast się poprawiać. Wstyd stracił swoją moc. Nie zniknął całkowicie, ale osłabł. Dziś potrafię założyć sukienkę bez lęku. Potrafię spojrzeć w lustro spokojnie, bo moje kompleksy już mnie nie definiują. Zrozumiałam, że akceptacja ciała to wybór. Codzienny i świadomy.
Piszę ten list, by ktoś poczuł ulgę. By ktoś zobaczył, że zmiana jest możliwa. Jeśli ja mogłam nauczyć się akceptować siebie, Ty też możesz. Nie od jutra, nie wtedy, kiedy usuniesz defekty i poprawisz mankamenty. Nie kiedy schudniesz. Od dziś. Od jednego łagodnego zdania do siebie. Od okazania sobie troski. To wystarczy na początek.
nadesłane: Katarzyna, 35 lat
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.












