Zdradziłam wszystkich, nawet samą siebie – poruszający list o przebaczeniu
dodał: Iwona Marczewska
Poniżej publikujemy poruszający list Elwiry – kobiety, która po latach błędów, zdrad i ucieczki od samej siebie odnalazła spokój i prawdziwą miłość. To opowieść o wybaczeniu, które zaczyna się w nas samych.
Piszę ten list drżącymi rękami. Nie dlatego, że boję się oceny, bo już mnie oceniono, wiele razy. Tak, jest mi wstyd, a z drugiej strony czuję odwagę i siłę, której potrzebowałam, żeby szczerze spojrzeć na siebie samą. Żeby dotarła do mnie prawda, żebym przestała być ślepa na swoje zachowanie i zrozumiała jego powody. Przez lata uciekałam od tej odpowiedzialności. Zdradziłam ludzi, którzy mi ufali i byli mi bliscy. Najdłużej zdradzałam samą siebie. To wyznanie nie jest usprawiedliwieniem. Jest próbą zrozumienia. I dowodem, że wybaczenie potrafi zmienić nawet pełne błędów życie.
Nieustająca potrzeba miłości
W młodości bardzo chciałam być kochana. Myliłam miłość z uwagą, a każde zainteresowanie traktowałam jak pokarm, którego potrzebowałam, choć i tak nie sycił wystarczająco. Wchodziłam w relacje bez refleksji, byle z kimś być. Nie umiałam być sama, nie radziłam sobie sama. Potrzebowałam, żeby ktoś się mną opiekował. Bałam się samotności.
Moja mama była sama, bo ojciec odszedł do innej kobiety. Zostawił ją z bólem i wstydem. Patrzyłam, jak się rozpada. Jak płacze nocami. Potem się z tego podniosła, ale i tak nikogo sobie nie znalazła. A ja wchodziłam w krótkotrwałe relacje, które zwykle kończyły się z mojej inicjatywy.
Zdrada była dla mnie sposobem na kontrolę. Nie myślałam o konsekwencjach. Być może raniłam ludzi, którzy naprawdę chcieli bliskości. I nawet nie wiem, ilu ich było… Mówiłam sobie, że to nic wielkiego, skoro nie byliśmy ze sobą długo. I że gdybym ja nie zdradziła pierwsza, to zrobiłby to partner. Wchodziłam w relacje, ale nie pozwalałam im rozwinąć się ani pogłębić. Zresztą, byłam przekonana, że mężczyźni też wchodzili w nie ze świadomością tymczasowości. Budowałam wizerunek silnej kobiety, która decyduje. W środku byłam pusta. Relacje rozpadały się szybko. Gdy zostawałam sama, natychmiast próbowałam zapełnić pustkę. Chyba z każdą taką relacją oddalałam się od siebie coraz bardziej. Nie umiałam jednak przestać.
Błędy młodości i szansa na zmianę
Przez lata powtarzałam ten sam schemat. Cztery, pięć miesięcy i odwrót. Byłam młoda i czułam, że mam czas na popełnianie błędów. Tak sobie myślę, że gdybym mieszkała w małym mieście, nie miałabym najlepszej opinii. Wstydliwe, ale wtedy odbierałam to inaczej mówiąc sobie, że mam powodzenie.
W końcu poznałam A. To nie był chłopak, którego interesowały przelotne znajomości. Było w nim coś spokojnego, stabilnego. To była jedyna relacja, która trwała dłużej niż pół roku. Moja mama też bardzo go polubiła (i wcale nie dlatego, że wcześniej nie poznała żadnego z moich partnerów). Pewnie go idealizuję, ale A. miał wszystko, czego mogłabym szukać w mężczyźnie. To było coś tak bardzo wystarczającego, zaspokajającego cały wachlarz moich potrzeb, nie tylko pragnienie bycia zauważaną i otoczoną opieką. Ja się przy nim uspokajałam i przestawałam błądzić, szukać, biec na oślep. Niestety, to też musiałam zniszczyć.
Moment, w którym wszystko się posypało
Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Na tyle, na ile pozwalała nam praca. I właśnie przez pracę musiał wyjechać na kilka dni. Nie widziałam w tym żadnego zagrożenia, ale kiedy już wyjechał, nagle poczułam strach. Całe moje poczucie bezpieczeństwa runęło. Mówiłam sobie, że to niedojrzałe, dziecinne i że te cztery dni to nic wielkiego. Jednak lęk w środku mnie narastał. Zaczęłam sobie wyrzucać naiwność, że pozwoliłam sobie na zbyt wielkie zaufanie. Pomyślałam, że to trwa niebezpiecznie długo, a im dłużej, tym bardziej będę cierpieć, kiedy wreszcie mnie zostawi. Wieczorem nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Potrzebowałam, żeby ktoś przy mnie był. Fizycznie. Umówiłam się.
Od początku spotkania czułam dyskomfort. Moja “randka” chyba uznała, że zależy nam na tym samym, tylko ja krępuję się powiedzieć to wprost. Atmosfera była męcząca, więc poprosiłam, żeby mnie odprowadził. Zupełnie nie myślałam o tym, że on może potraktować to jak zaproszenie. I kiedy byliśmy już na progu mojego mieszkania, dałam się ponieść. To był impuls. Opamiętanie przyszło, kiedy byliśmy już w moim łóżku. Do niczego nie doszło, choć… czy sam fakt, że się tam znaleźliśmy to jest „nic”? Wyprosiłam go. Mocno mnie skrytykował, ale ubrał się i wyszedł. Ze mną zostały wyrzuty sumienia.
Kiedy A. wrócił, oczywiście zauważył zmianę w moim zachowaniu. Przed tak czułym, empatycznym i wrażliwym facetem nie dałoby się niczego ukryć. Powiedziałam mu, że ktoś u mnie był, że popełniłam błąd. Nigdy nie zapomnę jego reakcji. Tego nagłego unieruchomienia i bezbrzeżnego smutku. Zrobiło się cicho. Słyszałam, jak próbuje przełknąć ślinę, ale ma zbyt ściśnięte gardło.
Znowu się skończyło. Tylko że tym razem to nie była zwykła relacja. To była moja szansa. On odszedł bez krzyku, wypominania i w zasadzie bez walki. Powiedział, że nie potrafi żyć bez zaufania. Moja matka dowiedziała się o wszystkim. Odwróciła się ode mnie. Powiedziała, że nie rozpoznaje własnej córki. Cóż… tak mało o mnie wiedziała. Zostałam jeszcze bardziej sama niż kiedykolwiek. Dokładnie tego się bałam i dokładnie na to zapracowałam.
Droga do zmiany i prawdziwej miłości
Przez jakiś czas byłam całkowicie sama. Te pierwsze dni ledwo pamiętam, bo byłam trochę jak w transie. Wzięłam wolne i spędziłam ten czas w samotności, bez kolejnego ramienia. I nie potrzebowałam już niczyjej uwagi. Potrzebowałam być sama.
Przewartościowałam wtedy cały mój świat. Dokopałam się do swoich największych lęków. Zdobyłam się na taką autoanalizę, że to aż bolało.
A. skontaktował się ze mną po jakimś miesiącu. Bardzo zależało mu na spotkaniu, jeśli ja również byłabym na nie gotowa. Byłam. Powiedział mi wtedy, że jeśli będę względem niego szczera, to postara się mnie zrozumieć. Wysłuchał wszystkiego. Stwierdził, że sam także kierował się podczas naszego rozstania lękiem i że nie tylko kobiety boją się zdrady ze strony partnera.
Wybaczył mi. Daliśmy sobie kolejną szansę i poszliśmy na terapię dla par. Nawiązałam bliższą relację z mamą, co pozwoliło mi lepiej zrozumieć mechanizm mojego lęku. I znaleźć przyjaciółkę, która w trudnych chwilach jest ze mną. Uczyłam się odpowiedzialności. Uczyłam się mówić prawdę. Najpierw sobie, potem innym. Przestałam wchodzić w relację z poziomu lęku. Przebaczenie najbliższych mi osób miało uzdrawiającą moc.
Piszę ten list dla tych, którzy się pogubili. Dla tych, którzy zrobili złe rzeczy. Zmiana jest możliwa. Nawet po wielu zdradach. Nawet po latach ucieczki. Ja jestem tego dowodem. A miłość przyszła wtedy, gdy przestałam przed nią uciekać.
nadesłane: Elwira
Każda historia ma znaczenie.
Jeśli chcesz, by Twoja została usłyszana, napisz do nas: [email protected] z dopiskiem MOJA HISTORIA.
Listy można przesyłać anonimowo – czasem opowiedzenie prawdy to pierwszy krok do zmiany.











