Mark Lawrence: Król cierni – brutalność, melancholia i bohater, którego trudno polubić, ale jeszcze trudniej zapomnieć
dodał: Marta Dudzińska
Król cierni Marka Lawrence’a to jedna z tych powieści, przy których czytanie nie zawsze jest wygodne, ale właśnie dlatego trudno przejść obok niej obojętnie. Po pierwszym tomie można było spodziewać się kolejnej porcji brutalnego grimdarku. Tymczasem Lawrence zrobił coś znacznie ciekawszego: zamiast powtarzać własny pomysł, zaczął go rozbierać na części i zaglądać pod skórę swojego bohatera. I powstała opowieść, po której zostaje człowiek – niekoniecznie dobry, niekoniecznie godny sympatii, ale wybitnie drążący wyobraźnię.
Najbardziej fascynująca w drugiej odsłonie cyklu Rozbite Imperium okazuje się przemiana tonu opowieści. W Księciu cierni wszystko było ostre jak nóż – młodość, gniew, okrucieństwo, bezczelność. Król cierni nie rezygnuje z ciemności, ale wpuszcza do niej coś, czego wcześniej było znacznie mniej: smutek. I właśnie ten smutek nadaje powieści zupełnie inną temperaturę. Jorg przestaje być wyłącznie bezwzględnym chłopakiem, którego kolejne decyzje można obserwować z mieszaniną fascynacji i odrazy. Pojawia się pęknięcie, a przez nie zaczyna prześwitywać człowiek. Nie lepszy. Nie niewinny. Po prostu bardziej świadomy własnych ran. Gniew zostaje uzupełniony żalem, a brutalność zaczyna mieć emocjonalny ciężar.
Jest w tej książce coś przewrotnie pięknego: można nie lubić Jorga, można mu nie wybaczać, można mieć ochotę zamknąć książkę po niejednej jego decyzji, a jednak chce się czytać dalej. To bardzo trudna sztuka. Lawrence nie prosi o sympatię dla swojego bohatera. Nie próbuje go wybielić ani urządzić mu wygodnej ścieżki od potwora do człowieka. Zamiast tego pozwala obserwować, jak zło może mieć pamięć, inteligencję, poczucie humoru, lęk i nawet coś przypominającego czułość. Właśnie ta moralna niewygoda jest jednym z najciekawszych elementów powieści. Czy można kibicować komuś, komu nie powinno się kibicować? Król cierni nie odpowiada na to pytanie. Znacznie lepiej – zmusza, żeby zadawać je sobie podczas lektury.
Osobnego zachwytu wymaga konstrukcja. Lawrence nie prowadzi tej historii grzecznie od początku do końca. Czas zostaje pocięty, wspomnienia wchodzą w teraźniejszość, a przeszłość nie jest dodatkiem, tylko drugim nurtem opowieści. Początkowo może to wymagać przyzwyczajenia, ale później zaczyna działać jak dobrze ustawione lustra: jedno wydarzenie odbija się w drugim, znaczenia przesuwają się, a rzeczy pozornie znane zyskują zupełnie inny odcień. Idealne rozwiązanie dla budowania napięcia i ciekawości. Nie wszystko zostaje podane od razu. Nie wszystko przecież powinno.
Lawrence pisze oszczędnie, ale nie sucho. Zdania potrafią być krótkie, cięte, niemal brutalne, a chwilę później pojawia się obraz, który ma w sobie coś z poezji. To interesujące połączenie: język nie stroi się w ozdobność, a mimo to potrafi zachwycać dojrzałym sposobem narracji. Nie ma potrzeby zasypywania czytelnika opisami, wystarczy kilka dobrze wymierzonych słów i nagle mroczny świat powieści nabiera bardzo precyzyjnej faktury.
Warto też docenić także fakt, jak rozszerza się sama przedstawiona rzeczywistość. W pierwszym tomie świat oglądany był niemal wyłącznie przez ograniczoną perspektywę Jorga. Teraz zaczyna pojawiać się szerszy obraz – historia, polityka, przeszłość świata, ślady dawnej cywilizacji i elementy, które sprawiają, że Rozbite Imperium przestaje być po prostu kolejną mroczną krainą fantasy. Pod powierzchnią mieczy, zamków i przemocy kryje się coś znacznie bardziej intrygującego. Świat Lawrence’a okazuje się mieć drugie dno, a nawet kilka kolejnych. To jeden z tych pomysłów, które zyskują przy uważnej lekturze, ponieważ wcześniejsze szczegóły zaczynają układać się w większą całość.
Król cierni ma też coś, czego bardzo często brakuje drugim tomom – własną tożsamość. Nie próbuje być Księciem cierni 2. Tempo jest inne, narracja bardziej złożona, emocje mniej jednowymiarowe. I choć właśnie te różnice sprawiają, że kontynuacja może rezonować chłodniej, trudno odmówić Lawrence’owi odwagi. Łatwiej byłoby ponownie rozpalić tę samą brutalną energię. Znacznie ciekawiej było jednak sprawdzić, co stanie się z bohaterem, kiedy przestanie wystarczać mu sama furia. Efekt nie jest już tak dziki jak wcześniej. Jest za to głębszy, bardziej melancholijny i – paradoksalnie – przez to jeszcze bardziej niepokojący.
Najbardziej urzeka chyba właśnie ta sprzeczność: książka o człowieku, który zdobywa władzę, jest jednocześnie książką o cenie, jaką płaci się za jej utrzymanie. Korona nie daje Jorgowi spokoju. Przeciwnie – sprawia, że wszystko, co zostało wcześniej wyparte, zaczyna wracać. I tutaj Lawrence pokazuje klasę: zamiast budować prostą opowieść o zwycięzcy, interesuje się tym, co dzieje się z człowiekiem, który wygrał, ale nie potrafi wygrać z własną przeszłością. Dzięki temu Król cierni zostaje czymś więcej niż efektowną fantasy. Pod warstwą przemocy, czarnego humoru i intryg pojawia się opowieść o pamięci, winie, stracie i desperackiej potrzebie nadania sensu własnemu życiu.
Warto polecić tę książkę szczególnie tym, którzy lubią fantasy nieoczywiste, pozbawione bezpiecznego podziału na dobro i zło. Nie jest to lektura dla każdego i dobrze, że taka nie jest. Potrafi zirytować, odrzucić, zmusić do zatrzymania się, a chwilę później zachwycić jednym zdaniem. I właśnie dlatego Król cierni zostawia po sobie coś więcej niż wspomnienie kolejnej mrocznej historii. Zostawia lekki dyskomfort, kilka pytań i osobliwe wrażenie, że pod całą tą krwią, cynizmem i cierniami znajduje się książka znacznie bardziej ludzka, niż można było przypuszczać.
Niepokojąco Zachwycająca…
Od Wydawcy:
Książkę polecamy wraz z Wydawnictwem Fabryka Słów
![]() |
Krzysztof Haladyn: Złodziej |
![]() |
Z mrocznego pogranicza – Michał Głowacz: Schaar |
![]() |
Kel Kade i jego niezwykły Rycerz cieni |









